czwartek, 29 sierpnia 2013

4. Nigdy nie pozostaniesz bez śladu

Odsunęłam powoli telefon od mojego ucha by sprawdzić kto dzwoni. Wielkimi czarnymi literami wyświetliło mi się na ekranie „Lily”. Z powrotem przytknęłam komórkę do ucha.
-Ale o co ci chodzi?- spytałam oszołomiona nagłym jej wybuchem.
-”Ale o co ci chodzi?”- zacytowała mnie, próbując podrobić mój głos- chodzi o to, że...ugh! Jak mogłaś spotkać się z Justinem?- westchnęła do słuchawki- pamiętasz ile razy ostrzegali nas przed nim chłopacy? Myślałam, że zrozumiałaś ich.
-To on mnie znalazł- sapnęłam sfrustrowana, przypominając sobie ostatnie 2 godziny- ja nawet go o to nie prosiłam.
-Taaak, ciekawe skąd się znacie- mogłabym się teraz założyć, że przewróciła oczami. Nastała krępująca cisza.- zresztą rób co chcesz- westchnęła i się rozłączyła nie pozwalając mi cokolwiek powiedzieć.

Oczami Justina:
Cały czas w mojej głowie huczały tylko te słowa: „Nigdy nie pozostaniesz bez śladu, Justin Drew Bieber”. Może miała rację? Ale zawsze wszystko robię perfekcyjnie. Nie mają dowodów na nic, nawet jeśli mnie poprawnie oskarżają.
Nie aresztowali ani mnie ani Jasona. Dlaczego? Nie mają dowodów na nic. Nic nie zrobiliśmy. Być może jestem podejrzewany o cztery morderstwa, z których wszystkie cztery zarzuty są słuszne. Nie mogą mnie aresztować i wrzucić do pudła do końca mojego życia, brak dowodów. Jestem dobry w tym co robię.
Kierowałem się w stronę domu chłopaków. Mało osób pląta się po ulicach naszej dzielnicy. Nie ma bawiących się na ulicy dzieci, rzucających piłką lub rysujących coś na chodniku kredą. Na prawie każdym przewodzie elektrycznym widać zawieszone trampki. Każde jakiegoś innego koloru. Czuje się dobrze w takiej dzielnicy. Nawet policja się boi wjechać w nasze terytorium. Więc mamy wolną rękę do robienia interesów, bez jakichkolwiek przeszkód.
Doszedłem do domu chwyciłem za klamkę i uchyliłem powoli drzwi. Z ciągając kurtkę rzuciłem ją gdzieś w kont, i przeszedłem do salonu, gdzie wszyscy zazwyczaj siedzą i dyskutują. Nagle wszystkie oczy zwróciły się na mnie, a wszyscy zamilkli. Ujrzałem na końcu kanapy Chrisa. Oblizałem usta i usiadłem na stoliku idealnie naprzeciwko wielkiej kanapy. Prześledziłem wszystkich po kolei. Zatrzymałem się na Chrisie.
-Dlaczego cie znowu nie było na naszej akcji?- zacisnąłem mocniej szczękę, próbując opanowywać emocji, i nie rzucić się na niego i zacząć dusić. W odpowiedzi usłyszałem tylko głębokie westchnięcie Jasona.
-Odpuść- poklepał mnie po ramieniu Calvin, wstając i kierując się ku wyjściu.
-Jak dostane odpowiedź- syknąłem przez zęby. Calvin odwrócił się w drzwiach, popatrzył na mnie i przewrócił oczami.- eh! Ile razy mówiłem że nie lubię jak ktoś przewraca na mnie oczami!- chłopak wyrzucił tylko ręce w geście obronnym i wyszedł.
-Chodzi o to że...- zaczął Chris, a ja zwróciłem całą moją uwagę na nim, jak reszta chłopaków- spotkałem się z moją dziewczyną- opuścił wzrok na swoje buty.
-Masz dziewczynę?- nie mogłem uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałem. Chris Williams ma dziewczynę. Nie to jest jakaś pomyłka.
-Tak- pokiwał głową. Nie miałem jakiegokolwiek planu co powiedzieć.
-To wspaniale stary!- wstał Jason i wymienił z nim przyjacielski uścisk. Na twarzy wszystkich zagościł wielki uśmiech. Oh, nagle wszyscy mu wybaczają. Nie ze mną.
Wstałem i wyszedłem na taras. Stanąłem idealnie przed barierką przyciskając moje biodra do niej. Sięgnąłem do kieszeni moich jeansów, wyciągając z nich paczkę papierosów i zapalniczkę. Powoli odpaliłem a resztę wrzuciłem znowu do spodni. Zaciągnąłem się pozwalając by dym wypełnił moje płuca. Czułem jak momentalnie moje mięśnie się rozluźniają. Uniosłem głowę by wypuścić do góry cały dym. Nagle poczułem dłoń na moim ramieniu. Powoli i ostrożnie przejechała po całej długości mojej ręki. Zatrzymując się przy moim nadgarstku.
-Nie lubię gdy palisz- już wiedziałem do kogo należy głos. Odwróciłem głowę w jej stronę.
-Nie twój problem, prawda?- odpowiedziałem oschle. Powoli znowu zaciągnąłem się i wstrzymałem oddech.
-Wiesz o tym, że to cię rujnuje- pokiwała głową i czekała na moją odpowiedź. Dostała tylko mój oddech idealnie wycelowany w jej twarz. Momentalnie się skrzywiła i zrobiła krok do tyłu- Justin- przeciągnęła moje imię.
-Nie masz prawa mi rozkazywać- przekręciłem oczami.
-Mam Justin. Jestem twoją dziewczyną i...- przerwałem jej.
-Kim jesteś?- prychnąłem- Żartujesz sobie teraz prawda? To że raz na czas ze sobą śpimy nie oznacza że jesteśmy razem. Libby zrozum mogę mieć każdą.- puściłem jej oczko, wyrzuciłem niedopałek papierosa za barierkę i zniknąłem za drzwiami tarasowymi. Słyszałem jak podąża za mną na górę do mojego pokoju. W głowię uśmiechnąłem się łobuzersko. No to do dzieła Bieber.
___________________________________________________________________________________
Postaram się jaknajszybciej dodać nowy rozdział ;) może pojawi się on nawet jutro.

środa, 28 sierpnia 2013

3. Zakupoholiczka

Powoli wyszłam z kabiny, z zawieszonymi na przed ramieniu trzema sukienkami i jednym sweterkiem. Telefon przytrzymałam pomiędzy ramieniem a moim uchem. Próbując wyciągnąć z mojej torebki portfel, kierowałam się w stronę kasy. Uważnie wsłuchiwałam się w każde słowo które mówił.
-Chciałem tylko z tobą pogadać- podniosłam brwi w niedowierzaniu.
-Zostałeś aresztowany, prawda?- zmieniłam temat. Czekając aż coś powie. W odpowiedzi usłyszałam tylko głośny śmiech- co w tym jest śmiesznego?- westchnęłam w sfrustrowaniu, kładąc na blacie kasy wszystkie rzeczy.
-Martwisz się o mnie- cicho zachichotał do słuchawki. Przewróciłam oczami i słodko uśmiechnęłam się do kasjerki która uważnie mi się przyglądała.
-Nie, nie martwię się o ciebie- syknęłam do słuchawki, a z portfela wyciągnęłam kartę kredytową i podałam ją kasjerce.
-Pragniesz mnie, wiem o tym- odpowiedział stanowczo. Mogłabym się założyć że się teraz uśmiecha.
-Nie prawda- przejechałam ręką po mojej twarzy- nie pociągasz mnie, Justin.
-Jakby to była prawda, nie rumieniłabyś się teraz- skąd on wiedział, że jestem teraz czerwona. Ale nie ze wstydu tylko ze złości. Okręciłam się wokół własnej osi, by znaleźć cokolwiek skąd by wiedział co teraz robię. -Za oknem, Rosie- odrzekł, a ja odruchowo popatrzyłam w stronę wielkiej witryny sklepowej. Moje oczy momentalnie nabrały dwa razy większego rozmiaru, niż normalnie. Szybko wzięłam moje rzeczy i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie minęło dwadzieścia sekund a już znajdowałam się brzy Justinie.
-Czego chcesz ode mnie?- wysyczałam przez zęby, próbując opanowywać emocje.
-Wow! Dużo kupiłaś- schylił głowę i odsłonił palcem to co miałam w torbach- dużo zapłaciłaś. To nie tani sklep.
-Co cię obchodzi ile wydałam- przewróciłam oczami-nie twój problem- odwróciłam się, zarzuciłam włosy do tyłu i ruszyłam przed siebie. Nagle poczułam rękę zaciskając mój nadgarstek. -Auł!- syknęłam i próbowałam wyrwać moją rękę z tego zabójczego ucisku. Jego palce alni drgnęły, odwrócił mnie w swoją stronę. Stał tak blisko mnie, może 5 cm od mojego nosa. Jego szczęka było mocno napięta.
-Po pierwsze, nigdy nie wywracaj na mnie oczami- przejechał językiem po swoich ustach. Byłam tak przestraszona, że nie wiedziałam co powinnam zrobić lub powiedzieć.- po drugie nie radził bym ci się do mnie tak odzywać. Widzisz...-przełkną ślinę i kontynuował- wiem o tubie więcej niż sobie wyobrażasz, mało suko.- tego już nie mogłam słuchać.
-Tak? Znalazł się szpieg. Dobrze wiesz że jeśli mi, albo mojemu otoczeniu coś zrobisz, wylądujesz w pudle. Bo to mi tatuś uwierzy nie tobie.- przybiłam sobie piątkę w myślach. Byłam dumna z tego co właśnie powiedziałam. Powoli rozluźniał uścisk.
-Nie miałabyś na to dowodów- odpowiedział, jego twarz skamieniała.
-Nigdy nie pozostaniesz bez śladu, Justin Drew Bieber- podniosłam brwi czekając na jego odpowiedź. Długo nie musiałam czekać.
-Skąd znasz moje całe imię- chłopaka szczęka znowu się napięła a na szyi było widać żyły.
-Nie tylko ty wiesz dużo o mnie. Ale także ja wiem dużo o tobie.- uśmiechnęłam się fałszywie. Odwróciłam się ponownie i ruszyłam w stronę najbliższej stacji metra. Nie dając mu szansy na jakąkolwiek odpowiedź.
Podróż do domu minęła dość spokojnie. Jedyne co mi teraz zawracało myśli to, to do czego jeszcze zdolny jest Justin. Wie moje całe imię, chociaż nie należę do tych popularnych osób, o których się cały czas mówi. Znalazł mnie, bez problemu w sklepie. Kto wie co jeszcze wymyśli.
Przekręciłam powoli klucz w zamku otwierając drzwi. Od razu ujrzałam moją mamę stojącą przed kuchnią.
-Co ci tak długo zajęło?- spytała oschle- Chris dzwonił jak wyszłaś. W domu powinnaś być już...-spojrzała na jej zegarek- pół godziny temu.
-Byłam na zakupach- podniosłam papierowe siatki by jej pokazać co mi tak długo zajęło.
-Rosie...- jej mina momentalnie się zmieniła. Popatrzyła znowu na mnie tym swoim wzrokiem „dlaczego?” -chodź kochanie, musimy pogadać- wyciągnęła w moją stronę rękę zachęcając bym podążała za nią. Usiadłyśmy w kuchni naprzeciwko siebie.
-O czym chcesz pogadać?- uśmiechnęłam się lekko.
-Znowu kupujesz za dużo rzeczy- westchnęła- pozwoliliśmy ci przerwać terapię... ale obiecałaś, że będziesz nad tym panować.
-Mamo! Nie jestem jakąś pieprzoną zakupoholiczką! Ile razy mam to jeszcze powtarzać? Nie mam problemów, dobra?!- wstałam gwałtownie z krzesła i kierowałam się w stronę mojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami, i rzuciłam się na łóżko. Przykrywając moją głowę poduszką. Mam dość! Mam dość tego że mnie cały czas osądzają o to gówno. A to nawet nie jest prawda. Już miałam zacząć krzyczeć w poduszkę jakby nie to, że mój telefon zaczął dzwonić. Szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam po torebkę. W nerwach wygrzebałam komórkę i odebrałam nawet nie patrząc na to kto dzwonił.
-Czy ty już kompletnie straciłaś mózg?!
_________________________________________________________________________________
Następny rozdział dodam jutro :* Myślę, że się podoba

piątek, 9 sierpnia 2013

2. Wiem o tobię więcej niż Ci się wydaje


Potrząsnęłam szybko przecząco głową, nie widząc co powiedzieć, zrobić lub pokazać. Ten gnojek wpakował mnie w większe kłopoty niż kiedykolwiek mogłabym sobie to wyobrazić. Przelotnie spojrzałam na mój nowy biały zegarek ice watch który właśnie wskazywał 19:46. Wyskoczyłam szybko z samochodu wchodząc po schodach prosto na komisariat. Widziałam jak Justin i jakiś jeszcze koleś siedzą na stołkach przed biurem do mojego taty. Założę się że pewnie zostaną zaaresztowani. No i dobrze. Nie chce ich, a zwłaszcza Justina, widzieć w moim życiu jeszcze raz. Zapukałam grzecznie do drzwi gabinetu mojego taty, gdy usłyszałam głośne „Proszę!” pociągnęłam za klamkę i weszłam, zamykając za sobą drzwi. Chris spojrzał na mnie spod jakiś papierów.

-Czy to była pra...-przerwałam mu

-NIE!-krzyknęłam tak głośno że pewnie na ulicy mnie nawet słyszeli- Nie robiliśmy nic z tyłu. Ugh! Na samą myśl o tym że ja...i on...! Aż mi nie dobrze. Jak mogłeś mu uwierzyć?!- znowu podniosłam głos. Spokojnie Rosie, opanowuj emocje. Wdech, wydech.

-Dobrze, kochanie- uśmiechną się do mnie ojciec, próbując powiedzieć, że wszystko już ok.- i co, zostajesz tutaj czy jedziesz do domu?

-Chyba pojadę do domu metrem- uśmiechnęłam się gotowa by wyjść.

-Tylko nie zgub się znowu tak jak kiedyś- zaśmiał się, a ja wyszłam zamykając za sobą drzwi. Właśnie przechodziłam koło stołków, próbując wyglądać na jak najbardziej wyluzowana, i nie poruszona tym że Justin cały czas śledzi mnie wzrokiem.

-Rosie- usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Odruchowo się odwróciłam patrząc do kogo należał ten głos. Ujrzałam uśmiechniętego Justina. Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego.

-Co?- odpowiedziałam oschle wyczekując aż się odezwie.

-Podobam ci się- zaśmiał się- bardzo dobrze wiem. I nie powinnaś kłamać twojego taty, że ci nie dobrze na myśl o tym, że...

-Nic nie wiesz. Znasz tylko moje imię. Nie wiesz o tym, co myślę o tobie, zresztą tak jest lepiej, przynajmniej przez moje myśli nie zniży ci się poziom twojego ego. Chociaż... przydało by mu się lekkie obniżenie. - pokiwałam głową odwracając się na pięcie.

-Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje Rozalie Charlotte Waldorf!- krzykną za mną. Skąd on zna całe moje imię? A no tak to jest Justin, Justin Bieber. Pff...

Powoli kierowałam się w dół ulicy, przechodząc koło różnych wystaw sklepowych. Czułam się tak jakby manekiny mówiły do mnie, patrzyły i zachęcały mnie do kupna tego co właśnie prezentują. Przyznaje się uwielbiam kupować nowe rzeczy. Ale jaka dziewczyna tego nie lubi? Przystanęłam przy witrynie sklepu Prada. Zmienili wystawę. Kobaltowoniebieska karbowana sukienka... Już widzę ją na mnie. Do tego idealnie dopasowana kopertówka. Nie usnę dzisiaj w nocy jeśli jej nie kupie. Pewnie weszłam do sklepu kierując się w stronę wieszaków, szukając idealnych ciuchów. Czy przestraszyła mnie cena jak zobaczyłam ile kosztuje moja wymarzona sukienka. Nie za bardzo. Na moje 16 urodziny dostałam własną, złotą kartę kredytową. Czym mam się przejmować? Po drodze do przymierzalni wzięłam parę innych ubrań. Przy ubieraniu 3 rzeczy mój telefon zaczą dzwonić: numer nieznany. Odebrałam niepewnie:

-Halo?- spytałam

-Hi, Rosie- usłyszałam znajomy głos, ale jeszcze dokładnie nie wiedziałam do kogo należy, postanowiłam to przemilczeć- pewnie się zastanawiasz skąd mam twój numer- ktoś zaśmiał się do słuchawki- mówiłem ci że wiem o tobie więcej niż sobie to wyobrażasz- och nie! To był Justin. Czy można mieć większego pecha niż ja? Wątpię.

-Co chcesz?- wysyczałam do słuchawki, próbując opanować sytuację.
______________________________________________________________________________
Wybaczcie, że dzisiaj tak mało ale postaram się na poniedziałek napisać 3 dłuższy i leprzy :) CZYTASZ=KOMENTUJ

niedziela, 4 sierpnia 2013

1. "Podejrzewany za 4 morderstwa"


Oczami Rose:

Umrę, to jest pewne! Umrę sama. Tak dokładnie sama. Naprawdę wyglądam tak strasznie źle? Naprawdę jestem taka ciężka do zniesienia? Pracuje by wyglądać okej, pracuje nad tym by nie być taka frustrująca. Dlaczego to mi się nie udaje? Hmm...? Spojrzałam na telefon z nadzieją, że zaraz za wibruje. „Nie powinnaś się tak oszukiwać, nikt do ciebie nie zadzwoni dobrze to wiesz” odezwał się ten pieprznięty głos w mojej głowie. Powinnam przestać rozmawiać z samą sobą. Ale ten głos miał cholerną rację. Lili była na randce z tym... jak mu tam... Conorem? Nie, nie Conorem z... z Chrisem! Tak, dokładnie z Chrisem. Był przeuroczym chłopakiem, był okej, jedyne co mi w nim nie pasowało to jego koledzy. Byli jednym słowem straszni. Mieli najgorszą opinię w całym mieście. Byli najbardziej obgadaną grupą w całej Filadelfii i pewnie jeszcze w jej okolicy wiedzieli kto to jest David Benson, Conor Fillins, Calvin Buster, Jason Ferguson, Chris Williams, i najgorszy chłopak, którego omijam wielkim łukiem, Justin Bieber. Znałam osobiście Conor'a, Davida i Chrisa. Nigdy nie wydawali mi się straszni, ale w towarzystwie ich „szefa” czy jakkolwiek go tam nazywają, Justina, są inni. Może nie powinnam go oceniać, bo go nie znam, ale wole nie wchodzić mu pod skórę. Widziałam go raz, postawione włosy, grube brwi, pełne, różowe usta, kolczyki, i te piwne oczy. Jego oczy pamiętam najlepiej, ten miks uczuć: złości, obojętności i różnych innych. To nie były zwykłe oczy, niektórzy powiedzieliby „no wiem, to są JEGO oczy” z naciskiem na słowo „jego” ale nie o to chodzi. One były nadzwyczajne, czy można się zakochać w kogoś oczach? Ja potrafię.

Lili odpada, nie przerwę jej randki. Paul pewnie siedzi z jego dziewczyną w domu i oglądają jakiś film, albo jeszcze nie wiadomo co robią. Nie lubię jego dziewczyny. Ma na imię Stella i szczerze, jest strasznie fałszywa. Udaje tą słodką wariatkę. Nie wiem co Paula do niej ciągnie. Ale nie jestem taka chamska by im przeszkodzić. Zostaje jedynie jeszcze Caitlin. A nie jednak nie, ona wyjechała na weekend nad jezioro z Sophie. Zdesperowana przegrzebałam całą moją listę kontaktów w telefonie. Nie, nie, nie... Czasami się pytam dlaczego mam numery osób które nie cierpię.

-Rosie! Zejdź na chwile na dół!- usłyszałam głos mojej mamy. Wychyliłam powoli głowę z pokoju, krzycząc.

-Ale muszęęę?- przeciągnęłam

-Tak Rozalie, to jest bardzo ważne- nienawidziłam jak mnie tak nazywała. Jeszcze gorzej zapowiadało się zawsze jeśli mnie nazywała po całym imieniu: Rozalie Charlotte Waldorf. Przewróciłam oczami i wyszłam niechętnie z pokoju. Zbiegłam po schodach i zatrzymałam się przed wejściem do salonu, próbując podsłuchać moich rodziców o czym dyskutują. Ale zdało się to na marne. Zbyt cicho rozmawiali, bym z tej odległości cokolwiek zrozumiała. Niepewnie wyszłam za próg drzwi. Rodzice w tym samym momencie odwrócili wzrok i zawiesili go na mnie. Coś zrobiłam nie tak?

-Usiądź kochanie- odezwała się wreszcie po chwili ciszy mama, wskazując na fotel idealnie naprzeciwko ich.

-Coś zrobiłam nie tak?- spytałam niepewnie, siadając na fotelu, uważnie śledząc każdy ich ruch. Z nadzieją, że odczytam coś z ich twarzy. Nic. Kamienne twarze, nie ukazujące żadnych emocji.

-Nie, z tobą wszystko w porządku- odpowiedział tata, z lekkim uśmiechem na twarzy.

-Więc gdzie problem?- zawsze zaciągają mnie na te całe „rozmowy” gdy coś narobiłam lub... nie ma drugiej opcji.

-Chcieliśmy z tobą po prostu porozmawiać- odezwała się tym razem mama, na jej twarzy nagle też pojawił się uśmiech.

-A możemy przejść do konkretów?

-No dobra, nie męczmy jej już- zwrócił się do matki.

-To kto mówi ja czy ty?- obydwoje się zaśmiali. Tak, tak dokładnie mieszkam w domie wariatów. Sama nie wiem jak ja tu wytrzymuje. Z zamyśleń nagle wyrwało mnie słowo „dziecko”. Momentalnie zwróciłam całą moją uwagę na rodziców.

-Możecie powtórzyć?- byłam trochę oszołomiona, i prosiłam w myślach, że wcześniejsze słowo mi się tylko przesłyszało.

-Jestem w ciąży, będziesz miała siostrzyczkę albo braciszka- prawie wy piszczała moja rodzicielka. Siedziałam tam. Z myślami krążącymi po mojej głowie, próbując je jakoś ogarnąć. Co?! Siostra... Brat... drugie dziecko...?! Oni ledwo sobie ze mną poradzili, a chcą drugie? Nie to jest na pewno jakiś żart. Wstałam z fotela i kierowałam się w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie głos taty

-I co o tym myślisz?

-Super- odwróciłam się i wymusiłam uśmiech. Co miałam im powiedzieć „no wiecie nie nadajcie się na rodziców. Cały dzień was nie ma. Wo gule nie myślicie o innych tylko o sobie”. Potem by powiedzieli że mnie bardzo dobrze wychowali, pewnie, wśród niań i różnych innych. Nie pamiętam nawet czy chociaż raz byłam z rodzicami na placu zabaw.

-Idziesz dzisiaj ze mną na komisariat?- spytał ojciec.

-Yhm, dlaczego nie- lekko się uśmiechnęłam i wyszłam z salonu kierując się w stronę mojego pokoju. Rzucając się na łóżko, wcisnęłam twarz w poduszkę i krzyknęłam z irytacji. Nie wytrzymam z jakimś nowym dzieckiem w domu. Nie wytrzymam z moją matką 24h na dobę! Przecież ona weźmie wolne i będzie chciała kontrolować wszystko co robię. Pamiętam jak wzięła sobie wolne na dwa tygodnie. Skończyło się na tym że na urodzinach mojej ciotki Belly wylądowałam w różowej sukience z falbankami, przypominając jedną wielką babeczkę.

Oczami Justina:

-OK Bieber, nie możesz tego spieprzyć- David położył swoją dłoń na moim ramieniu kontynuując- pracowaliśmy na to ostatnio bardzo długo. Wiesz bardzo dobrze, że jeśli coś zepsujesz, wpadniesz nie tylko ty ale także chłopcy. I pamiętaj...- przerwałem mu.

-Skończyłeś już? Zaczynasz być coraz bardziej irytujący- westchnęłam przewracając oczami.

-Tak, wchodzisz na 3- pokiwałem twierdząco głową.

Czy byłem zdenerwowany tym, że mogę umrzeć w następnych paru minutach? Wydaje mi się że nie. Robię to nie pierwszy raz. Znam się na tym bardzo dobrze, i nie pozwolę by mnie jakiś huj wykiwał. Takie gierki może sobie robić z kimś innym, nie ze mną, nie z Justinem Bieberem.

Ustawiłem się idealnie przed drzwiami, wielkiego metalowego magazynu. Za mną: Conor, Calvin, Jason i David.

-Na trzy- wyszeptał David.

-Czekaj gdzie Chris?!-stanąłem prosto, zmierzając każdego wzrokiem.

-Nie mógł przyjść-odpowiedział spokojnie Conor.

-A to niby dlaczego?! Tego dupka brakuje po raz 4 już na naszych akcjach. Jeśli mu coś nie pasuje to...- byłem cholernie wkurwiony. Kolesia znowu nie ma. Nie wiem co z nim jest ostatnio nie tak.

-Wyluzuj stary-wtrącił mi się w zdanie David- nie to mamy teraz na głowie, mamy ważniejsze sprawy. Twoją złość wypuść tam- wskazał brodą na metalowe drzwi blaszaka- a nie na nas.

-Okej- wypuściłem spokojnie powietrze, próbując tym odciągnąć się myślami od Chrisa.

-Na trzy- wszyscy momentalnie znowu stanęli w pozycji gotowej do „walki” - raz, dwa, TRZY!

Pociągnęłam za drzwi, a lepiej powiedzmy kopnęłam drzwi. O dziwo z łatwością się otworzyły. Wbiegliśmy z chłopakami gotowi do walki. Stanęliśmy na środku wielkiego magazynu. Sami? Czyżby tamci stchórzyli?! Nagle usłyszałem lekkie szuranie za jednym z kartonów. Z prędkością światła wyciągnęłam mój naładowany pistolet w tyłu moich spodni i wystrzeliłem parę kulek w kartony z nadzieją że zabiłem któregoś z gnojków. Po chwili zauważyłem jaki połowo chłopaków opuszcza magazyn. Co? O co im chodzi nawet nie zaczęliśmy walki a oni wychodzą?

-Chodź idziemy, nie opłaca się tu siedzieć- Jason poklepał mnie po ramieniu.

-Ale...- zaciąłem się- KURWA!

-Dobra, spokojnie. Jeszcze będziemy mieć okazje by ich zabić...

-Ale na pewno nie w następnych latach- usłyszeliśmy nieznajomy głos dobiegający zza drzwi. Oby dwoje odwróciliśmy się poszukując właściciela głosu. Nagle zza drzwi wyłonił się jakiś gostek? Czekaj! Czy on ma odznakę przyczepioną na koszuli? Cholera!- Ręce do góry! Rzuć broń na podłogę!- wskazał na mnie swoim durnym małym pistolecikiem. Na mojej twarzy zagościł szyderczy uśmiech

-Jak bym chciał mógłbym cię zabić własnym rękami- wymruczałem pod nosem. Koleś zrobił dwa jakieś dziwne ruchy ręką. Ma jakieś drgawki czy co? Zaraz po tym wparowała do magazynu grupka uzbrojonych policjantów. Rzucili mnie i Jasona na ziemie, dociskając kolanami. Traktowali nas jak śmiecia porzuconego na ulicy. Założyli kajdanki, szarpnęli do góry i wrzucili do radiowozu. Spieprzyłem sprawę i to cholernie.

Oczami Rose:

Jechałam właśnie radiowozem mojego ojca, na komisariat. Dlaczego pojechałam z nim? Proste. Niedaleko biura taty jest biurko nowego policjanta Brajana. Był cholernie przystojny, a ja umiałam całymi dniami obserwować go. Nagle usłyszałam jakieś wezwanie przez odbiornik. Nie mam najmniejszego planu jak to się nazywa.

-Dobra, zaraz tam będę- odpowiedział mój tata i ostro skręcił w prawo włączając światła. Co jest grane?!

-Tato?- wbijałam się coraz głębiej w siedzenie, przez tą prędkość -czy możesz mi wyjaśnić co jest grane?

-Mam akcję- prowadził coraz mocniej przyciskając na pedał gazu- zostaniesz w aucie.

-OK- tylko na tyle było mnie stać. Mój tata ma akcję a ja się znajduję w środku niej. Pierwszy raz zobaczę to wszystko. Czy się denerwuje? Zdecydowanie tak. Auto stanęło a mój ojciec wyciągną z kieszeni odznakę przyczepił ją sobie na koszulę, a ze schowka wyciągną naładowany pistolet.

-Zaraz wracam- uśmiechną się i wyszedł pośpiesznie z auta.

Moja głowa zaczęła huczeć moimi myślami. Co jeśli ktoś uciekł i zaraz pojawi się koło mojego okna ze strzelbą przyciśniętą do mojej głowy? Co jeśli zostanę zastrzelona? Co jeśli jakiś przestępca siądzie za nami? I całą piętnastu minutową drogę będę musiała spędzić w jego towarzystwie. Muszę się odciągnąć jakoś myślami. Rozglądnęłam się po całym samochodzie w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Otworzyłam schowek. Pierwsze co mi wyleciało na kolana była gazeta. Dobra. To powinno mnie odciągnąć wystarczająco na te parę minut. Rozłożyłam starannie gazetę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to tytuł: „Poszukiwany za morderstwa i włamania” wypisane tłustym, czarnym drukiem na pierwszej stronie gazety. Zaczęłam uważnie czytać artykuł „...podejrzewany za 4 morderstwa” co z tym kolesiem nie tak? Nagle usłyszałam jak tylne drzwi się otwierają, odruchowo spojrzałam do tyłu. Zobaczyłam, że jakiś inny policjant wrzuca kogoś w kajdankach do samochodu i zatrzaskuje za nim drzwi. Wspaniale! Jestem teraz sam na sam z jakimś przestępcą! Chciałam mu się uważniej przyglądnąć więc popatrzyłam w boczne lusterko, gdzie miałam idealny widok na niego. Mocne zarysy twarzy, postawione włosy, grube brwi, i te oczy! Cholera! To jest on, chłopak którego omijam zawsze wielkim łukiem: Justin Bieber. Moje oczy znacznie się powiększyły a serce zaczęło bić tak szybko jak bym przebiegła przed chwilą maraton. Ścisnęłam mocniej gazetę którą trzymałam w ręku.

-Ciekawy artykuł?- nagle przerwał cisze, a na końcu zdania zachichotał.

-Mmm... tak. Może być- zaczęłam się jąkać. Modliłam się tylko w duszy by szybko przyszedł mój tata i odwiózł mnie do komisariatu bym mogła spokojnie wrócić metrem do domu. Bo raczej dzisiaj już mam dość wrażeń.

-Interesujący gość...- widziałam w bocznym lusterku jak patrzy na mnie oczekując na moją odpowiedź.

-Według mnie ten „gość” powinien iść się leczyć- odpowiedziałam kpiąco. Nie wiem skąd wzięła się nagle taka odwaga we mnie.

-Szkoda że uważasz, że powinienem się iść leczyć- zachichotał lekko. O boże! To ON jest podejrzewany o 4 morderstwa. Sedze z mordercą w jednym samochodzie! Szybko się odwróciłam na siedzeniu, siadając twarzą w twarz z nim. Przymrużyłam oczy spoglądając na niego.

-Ale... hmm.. ale dlaczego zabiłeś te 4 osoby?- musiałam wiedzieć. Chłopakowi od razu zrzedła mina a oczy pociemniały.

-Miałem swoje powody- unikał mojego pytającego spojrzenia.

-Jak chcesz- odwróciłam się siadając znowu normalnie krzyżując ręce na piersi. Słyszałam tylko długie westchnięcie za mną. Nie jest jak do teraz tak źle. Jeszcze nie wyciągną broni i mnie nie zabił. Chociaż było by to nie możliwe ponieważ miał założone kajdanki.

-Jestem Justin- powiedział od niechcenia.

-Wiem kim jesteś- podniosłam nad głowę gazetę, chcąc mu pokazać że dość dużo się o nim już naczytałam. On tylko sapną.

-Myślałem, że teraz jest kolej na to byś to ty się przedstawiła

-Rozalie- odwróciłam głowę spoglądając na niego.

-Nie jesteś gliną, nie znam cię, więc dlaczego tu jesteś?- przypatrzył mi się uważnie.

-Mam swoje powody dlaczego tu jestem, Bieber- próbowałam brzmieć poważnie, dlatego użyłam jego nazwiska. Nagle drzwi od strony kierowy się otworzyły a ja odwróciłam głowę do przodu. Do samochodu wszedł mój tata. Uśmiechną się do mnie, potem popatrzył do tyłu i jego twarz od razu zmieniła wyraz z zadowolonego na nieźle wkurzonego. Usiadł za kierownicą i włączył motor, wyjeżdżając na drogę główną prowadzącą w stronę komisariatu. Po 20 minutach znaleźliśmy się na miejscu. Pozwoliłam sobie na poczekanie w samochodzie aż Justin wyjdzie i zaprowadzą go do środka budynku. Najpierw wysiadł mój tata otwierając tylne drzwi próbując wyciągnąć chłopaka. Justin powoli się przesuną w stronę wyjścia mówiąc:

-Do zobaczenia Rosie- puścił mi jeszcze oczko. Tata zrobił wielkie oczy i otworzył je tak szeroko że myślałam że mu zaraz wylecą z orbit.

-Skąd on zna twoje imię?- wzruszyłam tylko ramionami i spuściłam wzrok.

-Wiesz...- Justin popatrzył na plakietkę gdzie widniało jego imię- Chris, pieprzyliśmy się z tyłu jak ciebie nie było. Nudziło nam się- zaśmiał się szeroko, a ja spłonęłam rumieńcami.

No świetnie! Teraz to już na pewno nigdy nie pojadę na komisariat. Jak wogule będę mogła się w następnych miesiącach ruszać z domu...
                                                                         ~~***~~
No to mamy rozdział 1 :) Myślę że wam się spodobał.

Prolog


-Nie, to nie jest takie łatwe, jak ty myślisz!- wykrzyczałam mu prosto w twarz.

-Tak?! A myślisz że to jest łatwe jak, jedynej osobie której ufałem, mnie okłamała?!- jego oczy pociemniały a mięśnie napięły.

-Ja... ja się bałam, że..- pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.

-Że co?! Że Cię wyśmieje, że przestanę kochać?! To myślałaś- jego głos zadrżał- kurwa, Rose, powiedz że to nie myślałaś!- jego oczy pokryły się łzami. Bardzo dobrze widziałam, że walczył z nimi by żadna nie wypłynęła na wierzch.

-Po prostu pozwól mi odejść...- powiedziałam po dłuższej chwili ciszy.

-Nie zatrzymuje Cię- oblizał usta i ruszył w drugą stronę.

Powoli przechadzałam się po oświetlonych ulicach Filadelfii. Napotykając się gdzieniegdzie na pijanych kolesi i dziwek świecących cyckami. Tak, dokładnie, to jest urok mieszkania na głównej ulicy Filadelfii. Nie miałam siły siedzieć w domu więc dochodząc do domu otworzyłam garaż wsiadając w mojego jasno niebieskiego mercedesa. Łzy same cisnęły mi się do oczu, zamazując cały obraz przede mną. Nagle usłyszałam tylko głośny huk spowodowany moim samochodem. Odruchowo zatrzymałam go wyskakując w szoku z auta, stając koło maski. Nie mogłam uwierzyć co tam widziałam. Leżał tam tak bezwładnie, ledwo oddychając. Przykucnęłam koło jego ciała a emocjom pozwoliłam wyjść na wierzch.

-Kocham Cię- lekko musnęłam jego ledwo ciepłe usta.

-Na...na zawsze- wyszeptał końcówką sił.

Popatrzyłam na jego nadgarstek potem na mój, chłopak zauważył to i lekko się uśmiechną.

-Ty skaczesz ja skacze z tobą- pociągnęłam nosem -Ty umierasz, ja umieram- zacytowałam nasze dwa identyczne tatuaże na nadgarstkach. Nie przejmowałam się tym że mój makijaż całkowicie się rozmazał i pewnie wyglądałam w tym momencie jak szop pracz.

-Dlaczego to cytujesz?- jak zawsze był opanowany, i zachowywał zimną krew. Gdy już miałam otworzyć usta i odpowiedzieć na jego idiotyczne pytanie, przerwał mi- Nie umieram- jedna łza spłynęła po jego policzku- nie umrę dopóki ty żyjesz- spojrzał ostatni raz na mnie i zamkną swoje oczy.
Tak właśnie zakończyła się moja historia na temat: miłości i zaufania. Być może straciłam dużo przyjaciół ale zyskałam coś o wiele bardziej cennego. Ale zaczynając od początku...