czwartek, 5 grudnia 2013

6. Rudolph Czerwony Nos


Oczami Justina:

Serio powiedziałem „Bum” ? Cofasz się w rozwoju Justin. Ale co miałem zrobić ona nie jest jedną z tych brzydkich i nudnych, albo ładnych a łatwych, jest po prostu Rozalie... co?! Dobra stop!

-Ty jesteś tym nowym?- stanęła przede mną dziewczyna która sięgała mi ledwo do ramienia, miała krwiste czerwone usta i ciemnobrązowe spadające na ramiona włosy. Powoli przytaknąłem -Jestem Lily- podała mi rękę- i zostałam zmuszona do oprowadzenia cię po szkole- wywróciła oczami.

-Justin- uścisnąłem jej dłoń.

Ruszyliśmy przed siebie szfędrając się po korytarzach, stwierdzam, że ona uwielbia gadać i zna wszystkich w szkole, każdy kto koło niej przechodził mówił „cześć”.

-Dlaczego?- nagle zapytałem. Dziewczyna wydawała się zmieszana moim pytaniem- dlaczego zostałaś zmuszona do tego całego oprowadzania?- wyjaśniłem. Lily lekko się skrzywiła.

-Nigdy nie gadaj na lekcjach Crux- wypowiedziała ze słyszalnym jadem w głosie- ale mojej przyjaciółce Rosie, poszczęściło się. Chociaż... spędzanie 2 godziny pomiędzy książkami i wrednymi oczami Mrs. Pity nie... to już lepszy jesteś ty- zaśmiała się. Czekaj ona powiedziała Rosie?

-Rosie?- zapytałem. Dziewczyna uśmiechnęła się i pokiwała twierdząco głową.

-Tak- popatrzyła na mnie i stanęła przed jakimiś drzwiami- moja przyjaciółka.

-Jak wygląda?- spytałem, czekając niecierpliwie na odpowiedzieć. Lily już otworzyła usta by coś powiedzieć gdy nagle przerwał jej dzwonek.

-Muszę lecieć, nie chce jeszcze raz podpaść Crux!- rozglądnęła się- spotkajmy się przed lunchem, przy jadalni. Poznasz Rosie Waldorf- uśmiechnęła się i pobiegła gdzieś w głąb budynku. Ja ją już znam.
***********
-
Siema stary!- usłyszałem za sobą głos, na co odruchowo się odwróciłem widząc biegnącego w moją stronę Chrisa. Na mojej twarzy nagle wymalował się uśmiech. Wreszcie ktoś normalny w tej szkole- nie myślałem, że posłuchasz Davida, i przyjdziesz tutaj- zaśmiał się.
-Ty sobie na serio nie żartowałeś jak mówiłeś, że to piekło, gorsze niż to nasze w domu- westchnęłam.
-Czy kiedykolwiek kłamałem?- oby dwoje zaczęliśmy się śmiać- na kogo czekasz?
-Na Lily- odpowiedziałem wychylając się zza jego ramienia lustrując korytarz w poszukiwaniu brązowowłosej.
-Who! Już znalazłeś sobie ofiarę?- poklepał mnie po ramieniu, na co tylko przewróciłem oczami. Po chwili usłyszeliśmy słodki, za słodki, głos Lily. Chris odwrócił się z wielkim uśmiechem ukazując małą postać.
-Hej!- przywitała nas- o! Widzę że już poznałeś Chrisa- zwróciła się do mnie- mojego chłopaka- wow! To o nią poszło, takie małe ciało narobiło tyle bałaganu?- Chris- zwróciła swój wzrok na mojego przyjaciela- pamiętasz jak Crux, dała mi karę oprowadzania nowych w szkole? Jednym z nich jest Justin- uśmiechnęła się jeszcze szerzej, podchodząc bliżej niego. Dotykając jego policzków- więc zrzuć już tą twoją zazdrosną minkę, skarbie!- jak przez całe 4 ostatnie godziny było mi nie dobrze, to teraz oni osiągnęli szczyt!
-Ok, będę czekał w środku- odpowiedziałem wchodząc na stołówkę, zostawiając migdalących się do siebie parkę. Wszystkie oczy nagle spoczęły na mojej osobie. Wow, niektóre dziewczyny wyglądały jakby zaraz miały dojść. Tak, Bieber! Dobrze na nich działasz! Uśmiechając się ruszyłem w stronę bufetu. Zamówiłem jedzenie i szukałem wolnego miejsca, miałem już ruszyć w stronę pustego stolika na końcu w kącie gdyby nie jakaś postać zasłaniająca mi mój cel.
-Hej, jestem Latoya!- podniosłem wzrok widząc tlenioną blondynkę, tak, to jest na pewno ta z grupy „hej, jestem już twoja”. Prześledziłem ją z dołu do góry.
-Hej- odpowiedziałem obojętnie i ją wyminąłem. Zatrzymała mnie ręka na moim ramieniu.
-Myślałam, że mi też odpowiesz jak masz na imię- znowu zobaczyłem ten sztuczny uśmiech.
-Jestem... umm jestem- nie podam jej mojego imienia, nie jej. Zacząłem szukać czegoś sensownego , gdy nagle zobaczyłem na moim jabłku na tacy naklejkę z firmy „Rudolph company” - jestem Rudolph- kurwa zacznij używać mózgu Bieber, nazwałeś się jak renifer z bajek dla dzieci!
-Aww! Tak jak Rudolph Czerwony Nos! Jak słodko!- blondynka chwyciła mnie za policzki jak moja ciotka Marry jak przyjeżdża na odwiedziny „sprawdzić jak się prowadzę”. Wszyscy wtedy zamieniamy się w studentów i inżynierów budownictwa, a bronie i dokumenty chowamy w piwnicy w kartonach z napisem „Ozdoby Świąteczne”. Zapewne jakby nie to Marry już dawno znalazłaby nasze wszystkie zabawki.
-Taaa- popatrzyłem ostatni raz na nią i ruszyłem w stronę stolika, który już był zajęty przez jakąś dziewczynę, która jadła swoją kanapkę czytając jakąś książkę. Nie przeszkadza mi to siądę koło niej a ona się speszy i pójdzie. Bez pytania usiadłem na miejscu naprzeciwko dziewczyny, nie zwracając na nią dużej uwagi.
-Chyba to teraz ja powinnam powiedzieć, że ty mnie śledzisz, Bieber- usłyszałem znajomy głos Rosie. Podniosłem wzrok widząc właśnie ją, z ciągającą z nosa swoje czarne okulary do czytania.
-Rosiee!!!- podbiegła do nas Lily ściskając Rozalie, tak mocno, że możliwe, że jej połamała żebra. Za nią podążał Chris z lekkim uśmiechem i resztkami różowego błyszczyku Lil na ustach- widzę, że znasz już Justina- uśmiechnęła się do niej jakby była tym zachwycona. Ta kobieta powinna iść się leczyć, za dużo, za często się śmieje, bez powodu.
-Taaa, znam go już od dłuższego czasu- zwęziła na mnie oczy- i ty też już dużo o nim opowiadałaś Lily- brunetka wydawała się zdziwiona- i założę się że Chrisa też znasz- do czego ona dąży?- z innych stron- przechyliła na mnie głowę i się uśmiechnęła- widzisz Lily ty lubisz zadawać się z mordercami takimi ja Justin i Chris, ale ja nie- po prostu wstała z krzesła wzięła swoją czerwoną tacę i ruszyła ku wyjściu z jadalni. Widziałem jak po drodze zatrzymała ją Latoya.
Woo! Czy ona mnie teraz nazwała mordercą? Następnie usłyszałem tylko pytanie Lily „O czym ona mówiła?” zanim poczułem mocne ukucie w okolice łopatki, syknąłem z bólu i ruszyłem jak najszybciej do łazienki tak by nikt się nie zorientował o co chodzi. Co jeszcze lepsze, ubikację w tej szkole były dla wszystkich, pomieszane, dla mnie i dla innych dziewczyn też. Jedyny powód dlaczego to gówno lubię. Szybko wbiegłem do ubikacji zakluczając drzwi by nikt nie wszedł. Powoli i ostrożnie z ciągnąłem moją czarną koszulę, odwracając się by zobaczyć nie zbyt ciekawą ranę pod moją łopatką. Sączyła się z niej ropa i jakaś woda. Szczerze nie wyglądało to najlepiej. Zdobyłem ją podczas napadu na tych dupków w magazynie jak policja zbyt mocno przycisnęła mnie do podłogi. Chciałem to spróbować przemyć, jakby nie fakt, że Rosie właśnie wyszła z łazienki przyklejając swój obojętny wzrok na mnie, potem na ranę. Spodziewałem się jakieś innej reakcji. Ale ona tylko umyła ręce i wyszła. Wow to nie było miłe. Nawet dla takiego dupka jak ja.
Hej, jeszcze raz :* dzisiaj mam wenę twórczą więc dodaje jeszcze jeden rozdział :*

5. BUM!


Wkurwiające promienie słoneczne przedzierały się przez zasłony, drażniąc moje oczy. Przekląłem pod nosem odwracając się na drugi bok, przyciskając twarz do poduszki, próbując znowu zasnąć. Gdy nagle poczułem delikatną dłoń przesuwająca po moim ramieniu, spoczywając na bicepsie, i cichy jęk. Przewróciłem oczami, wiedząc że już na pewno nie zasnę. Odepchnęłam od siebie rękę i podniosłem się na łóżku przeczesując włosy. Popatrzyłem w prawo gdzie leżała Libby. Ona na serio myśli, że jesteśmy razem. Odetchnąłem głęboko i skierowałem się w stronę łazienki. Jedno spojrzenie w lustro, cholera wyglądam dobrze! Założyłem jakieś czarne spodnie i czarny podkoszulek który leżał na podłodze. Wychodząc z pokoju spojrzałem ostatni raz na Libby śpiącą w moim łóżku. Mam dzisiaj dobry humor. Zbiegłem po schodach wchodząc do kuchni. Przy wysepce stał David.

-Jak się spało?- spytał ze znaczącym uśmiechem.

-Nawet nie próbuj- wycelowałem w niego mój wskazujący palec. On tylko uniósł w geście obrony swoje ręce. -głodny jestem- westchnąłem, drapiąc się po brzuchu, patrząc na Davida.

-Stary, nie jestem twoją matką- pokręcił głową i wyszedł, zostawiając mnie z moją dziewczyną. poznajcie moją dziewczynę: Lodówkę.

Oczami Rose:

Usłyszałam dźwięk budzika. Podnosząc leniwie prawą rękę zaczęłam wyszukiwać na stoliku nocnym budzika by wyłączyć ten irytujący dźwięk. Leniwie zwlekłam się z łóżka wchodząc do szafy, tak dokładnie do mojej szafy się wchodzi nie otwiera. Chwyciłam pierwszą lepszą rzecz z wieszaka która luźno opadła na moje ramię. Zawlekłam moje nogi do łazienki, spojrzałam w lustro... o boże, mogłam tego nie robić! Ubierając fioletowo- granatową sukienkę czekałam aż prostownica się zagrzeje do odpowiedniej temperatury. Gdy byłam już całkowicie gotowa wyszłam całkowicie odmieniona do pokoju. Na korytarzu minęłam Elbie. Elbie jest naszą sprzątaczką, nie lubię używać tego słowa dlatego mówię, że po prostu zastępuje mamę. Uśmiechnęłam się przyjaźnie do niej ruszając w przeciwnym kierunku.

-Więęęęccc!!- usłyszałam za sobą krzyk mojego kuzyna gdy podszedł do mnie i zarzucił swoją rękę przez moje ramię. Mówiłam kiedyś jak on mnie irytuje? Nie? To teraz to mówię. Robin mieszkał z nami odkąd jego ojciec został skazany na 10 lat więzienia. Tata powiedział, że u nas będzie bezpieczny od tych „całych brudnych spraw” którymi niegdyś się zajmował. Od około roku traktuje go jak mojego starszego brata. Poszliśmy w stronę kuchni, usiadłam na jednym z barowych krzeseł i przyglądałam się Robinowi jak wyciąga z lodówki różne składniki.- Masz ochotę na gofry?- wychylił zza drzwi lodówki, głowę. Uśmiechnęłam się lekko i pokiwałam twierdząco głową.- a tobie głos odebrało?- zaśmiał się, szperając znowu coś w lodówce.

-Nie- odchrząknęłam- po prostu wiesz jaki mam głos rano- wychrypiałam do niego. Tak, mój głos rano nie brzmi dobrze. A jak mówię to czuje jakby w moim gardle panowało istne piekło.

-Woch! Brzmisz dzisiaj gorzej niż ja podczas mutacji- zaśmiał się, rozbijając pierwsze jajko do miski.

-Taaa... dzięki- wywróciłam oczami. -słyszałeś o tym że mama....-nie skończyłam bo mi przerwał.

-Jest w ciąży?-podniósł swoje brwi, marszcząc przy tym czoło. Pokiwałam twierdząco głową.

-Co o tym sądzisz?- spytałam- nie wydaje ci się, że...

-To jest przemyślane? Tak, tak sądzę- westchną. Podchodząc do mnie bliżej i siadając obok mnie- Ale Rosie to jest ich życie, i wydaje mi się, że powinniśmy im zostawić te decyzje.

-Ty tego nie rozumiesz Rob- wstałam, i podeszłam do okna- wszystko spadnie na mnie, na nas. Popatrz, nawet teraz ich nie ma w domu!

-Może się zmienią- próbował mnie pocieszyć.

-Jakby chcieli to by się już starali ze mną-westchnęłam, przeczesując moje włosy ręką- a co się stało?- popatrzyłam na niego i oblizałam usta- wychowałam się wśród nieznanych mi osób. -Potrzebujecie pomocy?- przerwała nam Elbie, ze swoim słodkim francuskim akcentem. Nic nie odpowiedzieliśmy, a ona już była przy gofrownicy. Bez słowa opadłam na krzesło. Widziałam jak Rob siedział zamyślony. Czy to moja wina? Nie powinien o tym myśleć ma swoje gorsze problemy, niż moje, jak sobie poradzę z moją siostrą/bratem i jak poukładam szkołę i niańczenie.

Po śniadaniu, wsiedliśmy do samochodu z Robinem, i ruszyliśmy w stronę szkoły. Gdy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle włączyłam radio. W całym samochodzie rozbrzmiewał dźwięk jakieś beznadziejnej muzyki, którą Rob zawsze puszczał jak jechał sam. Przycisnęłam przycisk by zmienić na coś co mi się bardziej podoba.

-Ej! Słuchałem tego!- sapną, przyciskając pedał gazu, gdy światło zmieniło się na zielone.

-No to teraz już nie- uśmiechnęłam się zwycięsko do niego. Radio wydało dźwięk dobrze znanej mi piosenki The Wanted- Walks Like Rihanna. Podgoniłam radio i zaczęłam śpiewać, spoglądając za okno. Słyszałam jak obok mnie Rob się śmiał, pewnie z mojego głosu. Ale, hej! Nie moja wina że nie umiem śpiewać.
****************

-Widzimy się potem Rosie!- pomachał do mnie Robin i znikną gdzieś ze swoją paczką. Czy ich lubię? Zdecydowanie nie. Ale to jego decyzja z kim się spotka. Prawda? Odetchnęłam głęboko, ruszając do drzwi w których przed chwilą znikną mój kuzyn.

-Zaczynam podejrzewać że mnie śledzisz- usłyszałam głos, odwróciłam się w prawo widząc opierającego się o szafki Justina. C- co? O-on t-tu? Nigdy nie przypominam sobie bym go tu wcześniej widziała. A uwierzcie znam całą szkołę.

-Co taki ktoś jak ty robi w takim miejscu jak szkoła?- prześledziłam go z góry do dołu z pogardą.

-Powinnaś wiedzieć- zrobił krok do przodu- takie rzeczy jak matematyka, fizyka i chemia przydają się do takich rzeczy- puścił mi oczko.

-Nie rozumiem dlaczego niby chciałbyś się zapisać na lekcję chemii- zmarszczyłam brwi. Podszedł tak blisko, że czułam jego oddech na karku.

-By zrobić duże BUM! Rosie- wyszeptał mi do ucha i znikną za następnym zakrętem w korytarzu.
><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><>< ><><
Przepraszam was za to, że tak długo nie pojawiał się nowy rozdział, ale wreszcie jest! :)

czwartek, 29 sierpnia 2013

4. Nigdy nie pozostaniesz bez śladu

Odsunęłam powoli telefon od mojego ucha by sprawdzić kto dzwoni. Wielkimi czarnymi literami wyświetliło mi się na ekranie „Lily”. Z powrotem przytknęłam komórkę do ucha.
-Ale o co ci chodzi?- spytałam oszołomiona nagłym jej wybuchem.
-”Ale o co ci chodzi?”- zacytowała mnie, próbując podrobić mój głos- chodzi o to, że...ugh! Jak mogłaś spotkać się z Justinem?- westchnęła do słuchawki- pamiętasz ile razy ostrzegali nas przed nim chłopacy? Myślałam, że zrozumiałaś ich.
-To on mnie znalazł- sapnęłam sfrustrowana, przypominając sobie ostatnie 2 godziny- ja nawet go o to nie prosiłam.
-Taaak, ciekawe skąd się znacie- mogłabym się teraz założyć, że przewróciła oczami. Nastała krępująca cisza.- zresztą rób co chcesz- westchnęła i się rozłączyła nie pozwalając mi cokolwiek powiedzieć.

Oczami Justina:
Cały czas w mojej głowie huczały tylko te słowa: „Nigdy nie pozostaniesz bez śladu, Justin Drew Bieber”. Może miała rację? Ale zawsze wszystko robię perfekcyjnie. Nie mają dowodów na nic, nawet jeśli mnie poprawnie oskarżają.
Nie aresztowali ani mnie ani Jasona. Dlaczego? Nie mają dowodów na nic. Nic nie zrobiliśmy. Być może jestem podejrzewany o cztery morderstwa, z których wszystkie cztery zarzuty są słuszne. Nie mogą mnie aresztować i wrzucić do pudła do końca mojego życia, brak dowodów. Jestem dobry w tym co robię.
Kierowałem się w stronę domu chłopaków. Mało osób pląta się po ulicach naszej dzielnicy. Nie ma bawiących się na ulicy dzieci, rzucających piłką lub rysujących coś na chodniku kredą. Na prawie każdym przewodzie elektrycznym widać zawieszone trampki. Każde jakiegoś innego koloru. Czuje się dobrze w takiej dzielnicy. Nawet policja się boi wjechać w nasze terytorium. Więc mamy wolną rękę do robienia interesów, bez jakichkolwiek przeszkód.
Doszedłem do domu chwyciłem za klamkę i uchyliłem powoli drzwi. Z ciągając kurtkę rzuciłem ją gdzieś w kont, i przeszedłem do salonu, gdzie wszyscy zazwyczaj siedzą i dyskutują. Nagle wszystkie oczy zwróciły się na mnie, a wszyscy zamilkli. Ujrzałem na końcu kanapy Chrisa. Oblizałem usta i usiadłem na stoliku idealnie naprzeciwko wielkiej kanapy. Prześledziłem wszystkich po kolei. Zatrzymałem się na Chrisie.
-Dlaczego cie znowu nie było na naszej akcji?- zacisnąłem mocniej szczękę, próbując opanowywać emocji, i nie rzucić się na niego i zacząć dusić. W odpowiedzi usłyszałem tylko głębokie westchnięcie Jasona.
-Odpuść- poklepał mnie po ramieniu Calvin, wstając i kierując się ku wyjściu.
-Jak dostane odpowiedź- syknąłem przez zęby. Calvin odwrócił się w drzwiach, popatrzył na mnie i przewrócił oczami.- eh! Ile razy mówiłem że nie lubię jak ktoś przewraca na mnie oczami!- chłopak wyrzucił tylko ręce w geście obronnym i wyszedł.
-Chodzi o to że...- zaczął Chris, a ja zwróciłem całą moją uwagę na nim, jak reszta chłopaków- spotkałem się z moją dziewczyną- opuścił wzrok na swoje buty.
-Masz dziewczynę?- nie mogłem uwierzyć w to co przed chwilą usłyszałem. Chris Williams ma dziewczynę. Nie to jest jakaś pomyłka.
-Tak- pokiwał głową. Nie miałem jakiegokolwiek planu co powiedzieć.
-To wspaniale stary!- wstał Jason i wymienił z nim przyjacielski uścisk. Na twarzy wszystkich zagościł wielki uśmiech. Oh, nagle wszyscy mu wybaczają. Nie ze mną.
Wstałem i wyszedłem na taras. Stanąłem idealnie przed barierką przyciskając moje biodra do niej. Sięgnąłem do kieszeni moich jeansów, wyciągając z nich paczkę papierosów i zapalniczkę. Powoli odpaliłem a resztę wrzuciłem znowu do spodni. Zaciągnąłem się pozwalając by dym wypełnił moje płuca. Czułem jak momentalnie moje mięśnie się rozluźniają. Uniosłem głowę by wypuścić do góry cały dym. Nagle poczułem dłoń na moim ramieniu. Powoli i ostrożnie przejechała po całej długości mojej ręki. Zatrzymując się przy moim nadgarstku.
-Nie lubię gdy palisz- już wiedziałem do kogo należy głos. Odwróciłem głowę w jej stronę.
-Nie twój problem, prawda?- odpowiedziałem oschle. Powoli znowu zaciągnąłem się i wstrzymałem oddech.
-Wiesz o tym, że to cię rujnuje- pokiwała głową i czekała na moją odpowiedź. Dostała tylko mój oddech idealnie wycelowany w jej twarz. Momentalnie się skrzywiła i zrobiła krok do tyłu- Justin- przeciągnęła moje imię.
-Nie masz prawa mi rozkazywać- przekręciłem oczami.
-Mam Justin. Jestem twoją dziewczyną i...- przerwałem jej.
-Kim jesteś?- prychnąłem- Żartujesz sobie teraz prawda? To że raz na czas ze sobą śpimy nie oznacza że jesteśmy razem. Libby zrozum mogę mieć każdą.- puściłem jej oczko, wyrzuciłem niedopałek papierosa za barierkę i zniknąłem za drzwiami tarasowymi. Słyszałem jak podąża za mną na górę do mojego pokoju. W głowię uśmiechnąłem się łobuzersko. No to do dzieła Bieber.
___________________________________________________________________________________
Postaram się jaknajszybciej dodać nowy rozdział ;) może pojawi się on nawet jutro.

środa, 28 sierpnia 2013

3. Zakupoholiczka

Powoli wyszłam z kabiny, z zawieszonymi na przed ramieniu trzema sukienkami i jednym sweterkiem. Telefon przytrzymałam pomiędzy ramieniem a moim uchem. Próbując wyciągnąć z mojej torebki portfel, kierowałam się w stronę kasy. Uważnie wsłuchiwałam się w każde słowo które mówił.
-Chciałem tylko z tobą pogadać- podniosłam brwi w niedowierzaniu.
-Zostałeś aresztowany, prawda?- zmieniłam temat. Czekając aż coś powie. W odpowiedzi usłyszałam tylko głośny śmiech- co w tym jest śmiesznego?- westchnęłam w sfrustrowaniu, kładąc na blacie kasy wszystkie rzeczy.
-Martwisz się o mnie- cicho zachichotał do słuchawki. Przewróciłam oczami i słodko uśmiechnęłam się do kasjerki która uważnie mi się przyglądała.
-Nie, nie martwię się o ciebie- syknęłam do słuchawki, a z portfela wyciągnęłam kartę kredytową i podałam ją kasjerce.
-Pragniesz mnie, wiem o tym- odpowiedział stanowczo. Mogłabym się założyć że się teraz uśmiecha.
-Nie prawda- przejechałam ręką po mojej twarzy- nie pociągasz mnie, Justin.
-Jakby to była prawda, nie rumieniłabyś się teraz- skąd on wiedział, że jestem teraz czerwona. Ale nie ze wstydu tylko ze złości. Okręciłam się wokół własnej osi, by znaleźć cokolwiek skąd by wiedział co teraz robię. -Za oknem, Rosie- odrzekł, a ja odruchowo popatrzyłam w stronę wielkiej witryny sklepowej. Moje oczy momentalnie nabrały dwa razy większego rozmiaru, niż normalnie. Szybko wzięłam moje rzeczy i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie minęło dwadzieścia sekund a już znajdowałam się brzy Justinie.
-Czego chcesz ode mnie?- wysyczałam przez zęby, próbując opanowywać emocje.
-Wow! Dużo kupiłaś- schylił głowę i odsłonił palcem to co miałam w torbach- dużo zapłaciłaś. To nie tani sklep.
-Co cię obchodzi ile wydałam- przewróciłam oczami-nie twój problem- odwróciłam się, zarzuciłam włosy do tyłu i ruszyłam przed siebie. Nagle poczułam rękę zaciskając mój nadgarstek. -Auł!- syknęłam i próbowałam wyrwać moją rękę z tego zabójczego ucisku. Jego palce alni drgnęły, odwrócił mnie w swoją stronę. Stał tak blisko mnie, może 5 cm od mojego nosa. Jego szczęka było mocno napięta.
-Po pierwsze, nigdy nie wywracaj na mnie oczami- przejechał językiem po swoich ustach. Byłam tak przestraszona, że nie wiedziałam co powinnam zrobić lub powiedzieć.- po drugie nie radził bym ci się do mnie tak odzywać. Widzisz...-przełkną ślinę i kontynuował- wiem o tubie więcej niż sobie wyobrażasz, mało suko.- tego już nie mogłam słuchać.
-Tak? Znalazł się szpieg. Dobrze wiesz że jeśli mi, albo mojemu otoczeniu coś zrobisz, wylądujesz w pudle. Bo to mi tatuś uwierzy nie tobie.- przybiłam sobie piątkę w myślach. Byłam dumna z tego co właśnie powiedziałam. Powoli rozluźniał uścisk.
-Nie miałabyś na to dowodów- odpowiedział, jego twarz skamieniała.
-Nigdy nie pozostaniesz bez śladu, Justin Drew Bieber- podniosłam brwi czekając na jego odpowiedź. Długo nie musiałam czekać.
-Skąd znasz moje całe imię- chłopaka szczęka znowu się napięła a na szyi było widać żyły.
-Nie tylko ty wiesz dużo o mnie. Ale także ja wiem dużo o tobie.- uśmiechnęłam się fałszywie. Odwróciłam się ponownie i ruszyłam w stronę najbliższej stacji metra. Nie dając mu szansy na jakąkolwiek odpowiedź.
Podróż do domu minęła dość spokojnie. Jedyne co mi teraz zawracało myśli to, to do czego jeszcze zdolny jest Justin. Wie moje całe imię, chociaż nie należę do tych popularnych osób, o których się cały czas mówi. Znalazł mnie, bez problemu w sklepie. Kto wie co jeszcze wymyśli.
Przekręciłam powoli klucz w zamku otwierając drzwi. Od razu ujrzałam moją mamę stojącą przed kuchnią.
-Co ci tak długo zajęło?- spytała oschle- Chris dzwonił jak wyszłaś. W domu powinnaś być już...-spojrzała na jej zegarek- pół godziny temu.
-Byłam na zakupach- podniosłam papierowe siatki by jej pokazać co mi tak długo zajęło.
-Rosie...- jej mina momentalnie się zmieniła. Popatrzyła znowu na mnie tym swoim wzrokiem „dlaczego?” -chodź kochanie, musimy pogadać- wyciągnęła w moją stronę rękę zachęcając bym podążała za nią. Usiadłyśmy w kuchni naprzeciwko siebie.
-O czym chcesz pogadać?- uśmiechnęłam się lekko.
-Znowu kupujesz za dużo rzeczy- westchnęła- pozwoliliśmy ci przerwać terapię... ale obiecałaś, że będziesz nad tym panować.
-Mamo! Nie jestem jakąś pieprzoną zakupoholiczką! Ile razy mam to jeszcze powtarzać? Nie mam problemów, dobra?!- wstałam gwałtownie z krzesła i kierowałam się w stronę mojego pokoju. Trzasnęłam drzwiami, i rzuciłam się na łóżko. Przykrywając moją głowę poduszką. Mam dość! Mam dość tego że mnie cały czas osądzają o to gówno. A to nawet nie jest prawda. Już miałam zacząć krzyczeć w poduszkę jakby nie to, że mój telefon zaczął dzwonić. Szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam po torebkę. W nerwach wygrzebałam komórkę i odebrałam nawet nie patrząc na to kto dzwonił.
-Czy ty już kompletnie straciłaś mózg?!
_________________________________________________________________________________
Następny rozdział dodam jutro :* Myślę, że się podoba

piątek, 9 sierpnia 2013

2. Wiem o tobię więcej niż Ci się wydaje


Potrząsnęłam szybko przecząco głową, nie widząc co powiedzieć, zrobić lub pokazać. Ten gnojek wpakował mnie w większe kłopoty niż kiedykolwiek mogłabym sobie to wyobrazić. Przelotnie spojrzałam na mój nowy biały zegarek ice watch który właśnie wskazywał 19:46. Wyskoczyłam szybko z samochodu wchodząc po schodach prosto na komisariat. Widziałam jak Justin i jakiś jeszcze koleś siedzą na stołkach przed biurem do mojego taty. Założę się że pewnie zostaną zaaresztowani. No i dobrze. Nie chce ich, a zwłaszcza Justina, widzieć w moim życiu jeszcze raz. Zapukałam grzecznie do drzwi gabinetu mojego taty, gdy usłyszałam głośne „Proszę!” pociągnęłam za klamkę i weszłam, zamykając za sobą drzwi. Chris spojrzał na mnie spod jakiś papierów.

-Czy to była pra...-przerwałam mu

-NIE!-krzyknęłam tak głośno że pewnie na ulicy mnie nawet słyszeli- Nie robiliśmy nic z tyłu. Ugh! Na samą myśl o tym że ja...i on...! Aż mi nie dobrze. Jak mogłeś mu uwierzyć?!- znowu podniosłam głos. Spokojnie Rosie, opanowuj emocje. Wdech, wydech.

-Dobrze, kochanie- uśmiechną się do mnie ojciec, próbując powiedzieć, że wszystko już ok.- i co, zostajesz tutaj czy jedziesz do domu?

-Chyba pojadę do domu metrem- uśmiechnęłam się gotowa by wyjść.

-Tylko nie zgub się znowu tak jak kiedyś- zaśmiał się, a ja wyszłam zamykając za sobą drzwi. Właśnie przechodziłam koło stołków, próbując wyglądać na jak najbardziej wyluzowana, i nie poruszona tym że Justin cały czas śledzi mnie wzrokiem.

-Rosie- usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Odruchowo się odwróciłam patrząc do kogo należał ten głos. Ujrzałam uśmiechniętego Justina. Przewróciłam oczami i spojrzałam na niego.

-Co?- odpowiedziałam oschle wyczekując aż się odezwie.

-Podobam ci się- zaśmiał się- bardzo dobrze wiem. I nie powinnaś kłamać twojego taty, że ci nie dobrze na myśl o tym, że...

-Nic nie wiesz. Znasz tylko moje imię. Nie wiesz o tym, co myślę o tobie, zresztą tak jest lepiej, przynajmniej przez moje myśli nie zniży ci się poziom twojego ego. Chociaż... przydało by mu się lekkie obniżenie. - pokiwałam głową odwracając się na pięcie.

-Wiem o tobie więcej niż ci się wydaje Rozalie Charlotte Waldorf!- krzykną za mną. Skąd on zna całe moje imię? A no tak to jest Justin, Justin Bieber. Pff...

Powoli kierowałam się w dół ulicy, przechodząc koło różnych wystaw sklepowych. Czułam się tak jakby manekiny mówiły do mnie, patrzyły i zachęcały mnie do kupna tego co właśnie prezentują. Przyznaje się uwielbiam kupować nowe rzeczy. Ale jaka dziewczyna tego nie lubi? Przystanęłam przy witrynie sklepu Prada. Zmienili wystawę. Kobaltowoniebieska karbowana sukienka... Już widzę ją na mnie. Do tego idealnie dopasowana kopertówka. Nie usnę dzisiaj w nocy jeśli jej nie kupie. Pewnie weszłam do sklepu kierując się w stronę wieszaków, szukając idealnych ciuchów. Czy przestraszyła mnie cena jak zobaczyłam ile kosztuje moja wymarzona sukienka. Nie za bardzo. Na moje 16 urodziny dostałam własną, złotą kartę kredytową. Czym mam się przejmować? Po drodze do przymierzalni wzięłam parę innych ubrań. Przy ubieraniu 3 rzeczy mój telefon zaczą dzwonić: numer nieznany. Odebrałam niepewnie:

-Halo?- spytałam

-Hi, Rosie- usłyszałam znajomy głos, ale jeszcze dokładnie nie wiedziałam do kogo należy, postanowiłam to przemilczeć- pewnie się zastanawiasz skąd mam twój numer- ktoś zaśmiał się do słuchawki- mówiłem ci że wiem o tobie więcej niż sobie to wyobrażasz- och nie! To był Justin. Czy można mieć większego pecha niż ja? Wątpię.

-Co chcesz?- wysyczałam do słuchawki, próbując opanować sytuację.
______________________________________________________________________________
Wybaczcie, że dzisiaj tak mało ale postaram się na poniedziałek napisać 3 dłuższy i leprzy :) CZYTASZ=KOMENTUJ

niedziela, 4 sierpnia 2013

1. "Podejrzewany za 4 morderstwa"


Oczami Rose:

Umrę, to jest pewne! Umrę sama. Tak dokładnie sama. Naprawdę wyglądam tak strasznie źle? Naprawdę jestem taka ciężka do zniesienia? Pracuje by wyglądać okej, pracuje nad tym by nie być taka frustrująca. Dlaczego to mi się nie udaje? Hmm...? Spojrzałam na telefon z nadzieją, że zaraz za wibruje. „Nie powinnaś się tak oszukiwać, nikt do ciebie nie zadzwoni dobrze to wiesz” odezwał się ten pieprznięty głos w mojej głowie. Powinnam przestać rozmawiać z samą sobą. Ale ten głos miał cholerną rację. Lili była na randce z tym... jak mu tam... Conorem? Nie, nie Conorem z... z Chrisem! Tak, dokładnie z Chrisem. Był przeuroczym chłopakiem, był okej, jedyne co mi w nim nie pasowało to jego koledzy. Byli jednym słowem straszni. Mieli najgorszą opinię w całym mieście. Byli najbardziej obgadaną grupą w całej Filadelfii i pewnie jeszcze w jej okolicy wiedzieli kto to jest David Benson, Conor Fillins, Calvin Buster, Jason Ferguson, Chris Williams, i najgorszy chłopak, którego omijam wielkim łukiem, Justin Bieber. Znałam osobiście Conor'a, Davida i Chrisa. Nigdy nie wydawali mi się straszni, ale w towarzystwie ich „szefa” czy jakkolwiek go tam nazywają, Justina, są inni. Może nie powinnam go oceniać, bo go nie znam, ale wole nie wchodzić mu pod skórę. Widziałam go raz, postawione włosy, grube brwi, pełne, różowe usta, kolczyki, i te piwne oczy. Jego oczy pamiętam najlepiej, ten miks uczuć: złości, obojętności i różnych innych. To nie były zwykłe oczy, niektórzy powiedzieliby „no wiem, to są JEGO oczy” z naciskiem na słowo „jego” ale nie o to chodzi. One były nadzwyczajne, czy można się zakochać w kogoś oczach? Ja potrafię.

Lili odpada, nie przerwę jej randki. Paul pewnie siedzi z jego dziewczyną w domu i oglądają jakiś film, albo jeszcze nie wiadomo co robią. Nie lubię jego dziewczyny. Ma na imię Stella i szczerze, jest strasznie fałszywa. Udaje tą słodką wariatkę. Nie wiem co Paula do niej ciągnie. Ale nie jestem taka chamska by im przeszkodzić. Zostaje jedynie jeszcze Caitlin. A nie jednak nie, ona wyjechała na weekend nad jezioro z Sophie. Zdesperowana przegrzebałam całą moją listę kontaktów w telefonie. Nie, nie, nie... Czasami się pytam dlaczego mam numery osób które nie cierpię.

-Rosie! Zejdź na chwile na dół!- usłyszałam głos mojej mamy. Wychyliłam powoli głowę z pokoju, krzycząc.

-Ale muszęęę?- przeciągnęłam

-Tak Rozalie, to jest bardzo ważne- nienawidziłam jak mnie tak nazywała. Jeszcze gorzej zapowiadało się zawsze jeśli mnie nazywała po całym imieniu: Rozalie Charlotte Waldorf. Przewróciłam oczami i wyszłam niechętnie z pokoju. Zbiegłam po schodach i zatrzymałam się przed wejściem do salonu, próbując podsłuchać moich rodziców o czym dyskutują. Ale zdało się to na marne. Zbyt cicho rozmawiali, bym z tej odległości cokolwiek zrozumiała. Niepewnie wyszłam za próg drzwi. Rodzice w tym samym momencie odwrócili wzrok i zawiesili go na mnie. Coś zrobiłam nie tak?

-Usiądź kochanie- odezwała się wreszcie po chwili ciszy mama, wskazując na fotel idealnie naprzeciwko ich.

-Coś zrobiłam nie tak?- spytałam niepewnie, siadając na fotelu, uważnie śledząc każdy ich ruch. Z nadzieją, że odczytam coś z ich twarzy. Nic. Kamienne twarze, nie ukazujące żadnych emocji.

-Nie, z tobą wszystko w porządku- odpowiedział tata, z lekkim uśmiechem na twarzy.

-Więc gdzie problem?- zawsze zaciągają mnie na te całe „rozmowy” gdy coś narobiłam lub... nie ma drugiej opcji.

-Chcieliśmy z tobą po prostu porozmawiać- odezwała się tym razem mama, na jej twarzy nagle też pojawił się uśmiech.

-A możemy przejść do konkretów?

-No dobra, nie męczmy jej już- zwrócił się do matki.

-To kto mówi ja czy ty?- obydwoje się zaśmiali. Tak, tak dokładnie mieszkam w domie wariatów. Sama nie wiem jak ja tu wytrzymuje. Z zamyśleń nagle wyrwało mnie słowo „dziecko”. Momentalnie zwróciłam całą moją uwagę na rodziców.

-Możecie powtórzyć?- byłam trochę oszołomiona, i prosiłam w myślach, że wcześniejsze słowo mi się tylko przesłyszało.

-Jestem w ciąży, będziesz miała siostrzyczkę albo braciszka- prawie wy piszczała moja rodzicielka. Siedziałam tam. Z myślami krążącymi po mojej głowie, próbując je jakoś ogarnąć. Co?! Siostra... Brat... drugie dziecko...?! Oni ledwo sobie ze mną poradzili, a chcą drugie? Nie to jest na pewno jakiś żart. Wstałam z fotela i kierowałam się w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie głos taty

-I co o tym myślisz?

-Super- odwróciłam się i wymusiłam uśmiech. Co miałam im powiedzieć „no wiecie nie nadajcie się na rodziców. Cały dzień was nie ma. Wo gule nie myślicie o innych tylko o sobie”. Potem by powiedzieli że mnie bardzo dobrze wychowali, pewnie, wśród niań i różnych innych. Nie pamiętam nawet czy chociaż raz byłam z rodzicami na placu zabaw.

-Idziesz dzisiaj ze mną na komisariat?- spytał ojciec.

-Yhm, dlaczego nie- lekko się uśmiechnęłam i wyszłam z salonu kierując się w stronę mojego pokoju. Rzucając się na łóżko, wcisnęłam twarz w poduszkę i krzyknęłam z irytacji. Nie wytrzymam z jakimś nowym dzieckiem w domu. Nie wytrzymam z moją matką 24h na dobę! Przecież ona weźmie wolne i będzie chciała kontrolować wszystko co robię. Pamiętam jak wzięła sobie wolne na dwa tygodnie. Skończyło się na tym że na urodzinach mojej ciotki Belly wylądowałam w różowej sukience z falbankami, przypominając jedną wielką babeczkę.

Oczami Justina:

-OK Bieber, nie możesz tego spieprzyć- David położył swoją dłoń na moim ramieniu kontynuując- pracowaliśmy na to ostatnio bardzo długo. Wiesz bardzo dobrze, że jeśli coś zepsujesz, wpadniesz nie tylko ty ale także chłopcy. I pamiętaj...- przerwałem mu.

-Skończyłeś już? Zaczynasz być coraz bardziej irytujący- westchnęłam przewracając oczami.

-Tak, wchodzisz na 3- pokiwałem twierdząco głową.

Czy byłem zdenerwowany tym, że mogę umrzeć w następnych paru minutach? Wydaje mi się że nie. Robię to nie pierwszy raz. Znam się na tym bardzo dobrze, i nie pozwolę by mnie jakiś huj wykiwał. Takie gierki może sobie robić z kimś innym, nie ze mną, nie z Justinem Bieberem.

Ustawiłem się idealnie przed drzwiami, wielkiego metalowego magazynu. Za mną: Conor, Calvin, Jason i David.

-Na trzy- wyszeptał David.

-Czekaj gdzie Chris?!-stanąłem prosto, zmierzając każdego wzrokiem.

-Nie mógł przyjść-odpowiedział spokojnie Conor.

-A to niby dlaczego?! Tego dupka brakuje po raz 4 już na naszych akcjach. Jeśli mu coś nie pasuje to...- byłem cholernie wkurwiony. Kolesia znowu nie ma. Nie wiem co z nim jest ostatnio nie tak.

-Wyluzuj stary-wtrącił mi się w zdanie David- nie to mamy teraz na głowie, mamy ważniejsze sprawy. Twoją złość wypuść tam- wskazał brodą na metalowe drzwi blaszaka- a nie na nas.

-Okej- wypuściłem spokojnie powietrze, próbując tym odciągnąć się myślami od Chrisa.

-Na trzy- wszyscy momentalnie znowu stanęli w pozycji gotowej do „walki” - raz, dwa, TRZY!

Pociągnęłam za drzwi, a lepiej powiedzmy kopnęłam drzwi. O dziwo z łatwością się otworzyły. Wbiegliśmy z chłopakami gotowi do walki. Stanęliśmy na środku wielkiego magazynu. Sami? Czyżby tamci stchórzyli?! Nagle usłyszałem lekkie szuranie za jednym z kartonów. Z prędkością światła wyciągnęłam mój naładowany pistolet w tyłu moich spodni i wystrzeliłem parę kulek w kartony z nadzieją że zabiłem któregoś z gnojków. Po chwili zauważyłem jaki połowo chłopaków opuszcza magazyn. Co? O co im chodzi nawet nie zaczęliśmy walki a oni wychodzą?

-Chodź idziemy, nie opłaca się tu siedzieć- Jason poklepał mnie po ramieniu.

-Ale...- zaciąłem się- KURWA!

-Dobra, spokojnie. Jeszcze będziemy mieć okazje by ich zabić...

-Ale na pewno nie w następnych latach- usłyszeliśmy nieznajomy głos dobiegający zza drzwi. Oby dwoje odwróciliśmy się poszukując właściciela głosu. Nagle zza drzwi wyłonił się jakiś gostek? Czekaj! Czy on ma odznakę przyczepioną na koszuli? Cholera!- Ręce do góry! Rzuć broń na podłogę!- wskazał na mnie swoim durnym małym pistolecikiem. Na mojej twarzy zagościł szyderczy uśmiech

-Jak bym chciał mógłbym cię zabić własnym rękami- wymruczałem pod nosem. Koleś zrobił dwa jakieś dziwne ruchy ręką. Ma jakieś drgawki czy co? Zaraz po tym wparowała do magazynu grupka uzbrojonych policjantów. Rzucili mnie i Jasona na ziemie, dociskając kolanami. Traktowali nas jak śmiecia porzuconego na ulicy. Założyli kajdanki, szarpnęli do góry i wrzucili do radiowozu. Spieprzyłem sprawę i to cholernie.

Oczami Rose:

Jechałam właśnie radiowozem mojego ojca, na komisariat. Dlaczego pojechałam z nim? Proste. Niedaleko biura taty jest biurko nowego policjanta Brajana. Był cholernie przystojny, a ja umiałam całymi dniami obserwować go. Nagle usłyszałam jakieś wezwanie przez odbiornik. Nie mam najmniejszego planu jak to się nazywa.

-Dobra, zaraz tam będę- odpowiedział mój tata i ostro skręcił w prawo włączając światła. Co jest grane?!

-Tato?- wbijałam się coraz głębiej w siedzenie, przez tą prędkość -czy możesz mi wyjaśnić co jest grane?

-Mam akcję- prowadził coraz mocniej przyciskając na pedał gazu- zostaniesz w aucie.

-OK- tylko na tyle było mnie stać. Mój tata ma akcję a ja się znajduję w środku niej. Pierwszy raz zobaczę to wszystko. Czy się denerwuje? Zdecydowanie tak. Auto stanęło a mój ojciec wyciągną z kieszeni odznakę przyczepił ją sobie na koszulę, a ze schowka wyciągną naładowany pistolet.

-Zaraz wracam- uśmiechną się i wyszedł pośpiesznie z auta.

Moja głowa zaczęła huczeć moimi myślami. Co jeśli ktoś uciekł i zaraz pojawi się koło mojego okna ze strzelbą przyciśniętą do mojej głowy? Co jeśli zostanę zastrzelona? Co jeśli jakiś przestępca siądzie za nami? I całą piętnastu minutową drogę będę musiała spędzić w jego towarzystwie. Muszę się odciągnąć jakoś myślami. Rozglądnęłam się po całym samochodzie w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Otworzyłam schowek. Pierwsze co mi wyleciało na kolana była gazeta. Dobra. To powinno mnie odciągnąć wystarczająco na te parę minut. Rozłożyłam starannie gazetę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to tytuł: „Poszukiwany za morderstwa i włamania” wypisane tłustym, czarnym drukiem na pierwszej stronie gazety. Zaczęłam uważnie czytać artykuł „...podejrzewany za 4 morderstwa” co z tym kolesiem nie tak? Nagle usłyszałam jak tylne drzwi się otwierają, odruchowo spojrzałam do tyłu. Zobaczyłam, że jakiś inny policjant wrzuca kogoś w kajdankach do samochodu i zatrzaskuje za nim drzwi. Wspaniale! Jestem teraz sam na sam z jakimś przestępcą! Chciałam mu się uważniej przyglądnąć więc popatrzyłam w boczne lusterko, gdzie miałam idealny widok na niego. Mocne zarysy twarzy, postawione włosy, grube brwi, i te oczy! Cholera! To jest on, chłopak którego omijam zawsze wielkim łukiem: Justin Bieber. Moje oczy znacznie się powiększyły a serce zaczęło bić tak szybko jak bym przebiegła przed chwilą maraton. Ścisnęłam mocniej gazetę którą trzymałam w ręku.

-Ciekawy artykuł?- nagle przerwał cisze, a na końcu zdania zachichotał.

-Mmm... tak. Może być- zaczęłam się jąkać. Modliłam się tylko w duszy by szybko przyszedł mój tata i odwiózł mnie do komisariatu bym mogła spokojnie wrócić metrem do domu. Bo raczej dzisiaj już mam dość wrażeń.

-Interesujący gość...- widziałam w bocznym lusterku jak patrzy na mnie oczekując na moją odpowiedź.

-Według mnie ten „gość” powinien iść się leczyć- odpowiedziałam kpiąco. Nie wiem skąd wzięła się nagle taka odwaga we mnie.

-Szkoda że uważasz, że powinienem się iść leczyć- zachichotał lekko. O boże! To ON jest podejrzewany o 4 morderstwa. Sedze z mordercą w jednym samochodzie! Szybko się odwróciłam na siedzeniu, siadając twarzą w twarz z nim. Przymrużyłam oczy spoglądając na niego.

-Ale... hmm.. ale dlaczego zabiłeś te 4 osoby?- musiałam wiedzieć. Chłopakowi od razu zrzedła mina a oczy pociemniały.

-Miałem swoje powody- unikał mojego pytającego spojrzenia.

-Jak chcesz- odwróciłam się siadając znowu normalnie krzyżując ręce na piersi. Słyszałam tylko długie westchnięcie za mną. Nie jest jak do teraz tak źle. Jeszcze nie wyciągną broni i mnie nie zabił. Chociaż było by to nie możliwe ponieważ miał założone kajdanki.

-Jestem Justin- powiedział od niechcenia.

-Wiem kim jesteś- podniosłam nad głowę gazetę, chcąc mu pokazać że dość dużo się o nim już naczytałam. On tylko sapną.

-Myślałem, że teraz jest kolej na to byś to ty się przedstawiła

-Rozalie- odwróciłam głowę spoglądając na niego.

-Nie jesteś gliną, nie znam cię, więc dlaczego tu jesteś?- przypatrzył mi się uważnie.

-Mam swoje powody dlaczego tu jestem, Bieber- próbowałam brzmieć poważnie, dlatego użyłam jego nazwiska. Nagle drzwi od strony kierowy się otworzyły a ja odwróciłam głowę do przodu. Do samochodu wszedł mój tata. Uśmiechną się do mnie, potem popatrzył do tyłu i jego twarz od razu zmieniła wyraz z zadowolonego na nieźle wkurzonego. Usiadł za kierownicą i włączył motor, wyjeżdżając na drogę główną prowadzącą w stronę komisariatu. Po 20 minutach znaleźliśmy się na miejscu. Pozwoliłam sobie na poczekanie w samochodzie aż Justin wyjdzie i zaprowadzą go do środka budynku. Najpierw wysiadł mój tata otwierając tylne drzwi próbując wyciągnąć chłopaka. Justin powoli się przesuną w stronę wyjścia mówiąc:

-Do zobaczenia Rosie- puścił mi jeszcze oczko. Tata zrobił wielkie oczy i otworzył je tak szeroko że myślałam że mu zaraz wylecą z orbit.

-Skąd on zna twoje imię?- wzruszyłam tylko ramionami i spuściłam wzrok.

-Wiesz...- Justin popatrzył na plakietkę gdzie widniało jego imię- Chris, pieprzyliśmy się z tyłu jak ciebie nie było. Nudziło nam się- zaśmiał się szeroko, a ja spłonęłam rumieńcami.

No świetnie! Teraz to już na pewno nigdy nie pojadę na komisariat. Jak wogule będę mogła się w następnych miesiącach ruszać z domu...
                                                                         ~~***~~
No to mamy rozdział 1 :) Myślę że wam się spodobał.

Prolog


-Nie, to nie jest takie łatwe, jak ty myślisz!- wykrzyczałam mu prosto w twarz.

-Tak?! A myślisz że to jest łatwe jak, jedynej osobie której ufałem, mnie okłamała?!- jego oczy pociemniały a mięśnie napięły.

-Ja... ja się bałam, że..- pojedyncza łza spłynęła po moim policzku.

-Że co?! Że Cię wyśmieje, że przestanę kochać?! To myślałaś- jego głos zadrżał- kurwa, Rose, powiedz że to nie myślałaś!- jego oczy pokryły się łzami. Bardzo dobrze widziałam, że walczył z nimi by żadna nie wypłynęła na wierzch.

-Po prostu pozwól mi odejść...- powiedziałam po dłuższej chwili ciszy.

-Nie zatrzymuje Cię- oblizał usta i ruszył w drugą stronę.

Powoli przechadzałam się po oświetlonych ulicach Filadelfii. Napotykając się gdzieniegdzie na pijanych kolesi i dziwek świecących cyckami. Tak, dokładnie, to jest urok mieszkania na głównej ulicy Filadelfii. Nie miałam siły siedzieć w domu więc dochodząc do domu otworzyłam garaż wsiadając w mojego jasno niebieskiego mercedesa. Łzy same cisnęły mi się do oczu, zamazując cały obraz przede mną. Nagle usłyszałam tylko głośny huk spowodowany moim samochodem. Odruchowo zatrzymałam go wyskakując w szoku z auta, stając koło maski. Nie mogłam uwierzyć co tam widziałam. Leżał tam tak bezwładnie, ledwo oddychając. Przykucnęłam koło jego ciała a emocjom pozwoliłam wyjść na wierzch.

-Kocham Cię- lekko musnęłam jego ledwo ciepłe usta.

-Na...na zawsze- wyszeptał końcówką sił.

Popatrzyłam na jego nadgarstek potem na mój, chłopak zauważył to i lekko się uśmiechną.

-Ty skaczesz ja skacze z tobą- pociągnęłam nosem -Ty umierasz, ja umieram- zacytowałam nasze dwa identyczne tatuaże na nadgarstkach. Nie przejmowałam się tym że mój makijaż całkowicie się rozmazał i pewnie wyglądałam w tym momencie jak szop pracz.

-Dlaczego to cytujesz?- jak zawsze był opanowany, i zachowywał zimną krew. Gdy już miałam otworzyć usta i odpowiedzieć na jego idiotyczne pytanie, przerwał mi- Nie umieram- jedna łza spłynęła po jego policzku- nie umrę dopóki ty żyjesz- spojrzał ostatni raz na mnie i zamkną swoje oczy.
Tak właśnie zakończyła się moja historia na temat: miłości i zaufania. Być może straciłam dużo przyjaciół ale zyskałam coś o wiele bardziej cennego. Ale zaczynając od początku...