Oczami
Rose:
Umrę,
to jest pewne! Umrę sama. Tak dokładnie sama. Naprawdę wyglądam
tak strasznie źle? Naprawdę jestem taka ciężka do zniesienia?
Pracuje by wyglądać okej, pracuje nad tym by nie być taka
frustrująca. Dlaczego to mi się nie udaje? Hmm...? Spojrzałam na
telefon z nadzieją, że zaraz za wibruje. „Nie powinnaś się tak
oszukiwać, nikt do ciebie nie zadzwoni dobrze to wiesz” odezwał
się ten pieprznięty głos w mojej głowie. Powinnam przestać
rozmawiać z samą sobą. Ale ten głos miał cholerną rację. Lili
była na randce z tym... jak mu tam... Conorem? Nie, nie Conorem z...
z Chrisem! Tak, dokładnie z Chrisem. Był przeuroczym chłopakiem,
był okej, jedyne co mi w nim nie pasowało to jego koledzy. Byli
jednym słowem straszni. Mieli najgorszą opinię w całym mieście.
Byli najbardziej obgadaną grupą w całej Filadelfii i pewnie
jeszcze w jej okolicy wiedzieli kto to jest David Benson, Conor
Fillins, Calvin Buster, Jason Ferguson, Chris Williams, i najgorszy
chłopak, którego omijam wielkim łukiem, Justin Bieber. Znałam
osobiście Conor'a, Davida i Chrisa. Nigdy nie wydawali mi się
straszni, ale w towarzystwie ich „szefa” czy jakkolwiek go tam
nazywają, Justina, są inni. Może nie powinnam go oceniać, bo go
nie znam, ale wole nie wchodzić mu pod skórę. Widziałam go raz,
postawione włosy, grube brwi, pełne, różowe usta, kolczyki, i te
piwne oczy. Jego oczy pamiętam najlepiej, ten miks uczuć: złości,
obojętności i różnych innych. To nie były zwykłe oczy,
niektórzy powiedzieliby „no wiem, to są JEGO oczy” z naciskiem
na słowo „jego” ale nie o to chodzi. One były nadzwyczajne, czy
można się zakochać w kogoś oczach? Ja potrafię.
Lili
odpada, nie przerwę jej randki. Paul pewnie siedzi z jego dziewczyną
w domu i oglądają jakiś film, albo jeszcze nie wiadomo co robią.
Nie lubię jego dziewczyny. Ma na imię Stella i szczerze, jest
strasznie fałszywa. Udaje tą słodką wariatkę. Nie wiem co Paula
do niej ciągnie. Ale nie jestem taka chamska by im przeszkodzić.
Zostaje jedynie jeszcze Caitlin. A nie jednak nie, ona wyjechała na
weekend nad jezioro z Sophie. Zdesperowana przegrzebałam całą moją
listę kontaktów w telefonie. Nie, nie, nie... Czasami się pytam
dlaczego mam numery osób które nie cierpię.
-Rosie!
Zejdź na chwile na dół!- usłyszałam głos mojej mamy. Wychyliłam
powoli głowę z pokoju, krzycząc.
-Ale
muszęęę?- przeciągnęłam
-Tak Rozalie, to jest bardzo
ważne- nienawidziłam jak mnie tak nazywała. Jeszcze gorzej
zapowiadało się zawsze jeśli mnie nazywała po całym imieniu:
Rozalie Charlotte Waldorf. Przewróciłam oczami i wyszłam
niechętnie z pokoju. Zbiegłam po schodach i zatrzymałam się przed
wejściem do salonu, próbując podsłuchać moich rodziców o czym
dyskutują. Ale zdało się to na marne. Zbyt cicho rozmawiali, bym z
tej odległości cokolwiek zrozumiała. Niepewnie wyszłam za próg
drzwi. Rodzice w tym samym momencie odwrócili wzrok i zawiesili go
na mnie. Coś zrobiłam nie tak?
-Usiądź
kochanie- odezwała się wreszcie po chwili ciszy mama, wskazując na
fotel idealnie naprzeciwko ich.
-Coś
zrobiłam nie tak?- spytałam niepewnie, siadając na fotelu, uważnie
śledząc każdy ich ruch. Z nadzieją, że odczytam coś z ich
twarzy. Nic. Kamienne twarze, nie ukazujące żadnych emocji.
-Nie,
z tobą wszystko w porządku- odpowiedział tata, z lekkim uśmiechem
na twarzy.
-Więc
gdzie problem?- zawsze zaciągają mnie na te całe „rozmowy” gdy
coś narobiłam lub... nie ma drugiej opcji.
-Chcieliśmy
z tobą po prostu porozmawiać- odezwała się tym razem mama, na jej
twarzy nagle też pojawił się uśmiech.
-A
możemy przejść do konkretów?
-No
dobra, nie męczmy jej już- zwrócił się do matki.
-To
kto mówi ja czy ty?- obydwoje się zaśmiali. Tak, tak dokładnie
mieszkam w domie wariatów. Sama nie wiem jak ja tu wytrzymuje. Z
zamyśleń nagle wyrwało mnie słowo „dziecko”. Momentalnie
zwróciłam całą moją uwagę na rodziców.
-Możecie
powtórzyć?- byłam trochę oszołomiona, i prosiłam w myślach, że
wcześniejsze słowo mi się tylko przesłyszało.
-Jestem
w ciąży, będziesz miała siostrzyczkę albo braciszka- prawie wy
piszczała moja rodzicielka. Siedziałam tam. Z myślami krążącymi
po mojej głowie, próbując je jakoś ogarnąć. Co?! Siostra...
Brat... drugie dziecko...?! Oni ledwo sobie ze mną poradzili, a
chcą drugie? Nie to jest na pewno jakiś żart. Wstałam z fotela i
kierowałam się w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie głos taty
-I
co o tym myślisz?
-Super-
odwróciłam się i wymusiłam uśmiech. Co miałam im powiedzieć
„no wiecie nie nadajcie się na rodziców. Cały dzień was nie ma.
Wo gule nie myślicie o innych tylko o sobie”. Potem by powiedzieli
że mnie bardzo dobrze wychowali, pewnie, wśród niań i różnych
innych. Nie pamiętam nawet czy chociaż raz byłam z rodzicami na
placu zabaw.
-Idziesz
dzisiaj ze mną na komisariat?- spytał ojciec.
-Yhm,
dlaczego nie- lekko się uśmiechnęłam i wyszłam z salonu kierując
się w stronę mojego pokoju. Rzucając się na łóżko, wcisnęłam
twarz w poduszkę i krzyknęłam z irytacji. Nie wytrzymam z jakimś
nowym dzieckiem w domu. Nie wytrzymam z moją matką 24h na dobę!
Przecież ona weźmie wolne i będzie chciała kontrolować wszystko
co robię. Pamiętam jak wzięła sobie wolne na dwa tygodnie.
Skończyło się na tym że na urodzinach mojej ciotki Belly
wylądowałam w różowej sukience z falbankami, przypominając jedną
wielką babeczkę.
Oczami
Justina:
-OK
Bieber, nie możesz tego spieprzyć- David położył swoją dłoń
na moim ramieniu kontynuując- pracowaliśmy na to ostatnio bardzo
długo. Wiesz bardzo dobrze, że jeśli coś zepsujesz, wpadniesz nie
tylko ty ale także chłopcy. I pamiętaj...- przerwałem mu.
-Skończyłeś
już? Zaczynasz być coraz bardziej irytujący- westchnęłam
przewracając oczami.
-Tak,
wchodzisz na 3- pokiwałem twierdząco głową.
Czy
byłem zdenerwowany tym, że mogę umrzeć w następnych paru
minutach? Wydaje mi się że nie. Robię to nie pierwszy raz. Znam
się na tym bardzo dobrze, i nie pozwolę by mnie jakiś huj wykiwał.
Takie gierki może sobie robić z kimś innym, nie ze mną, nie z
Justinem Bieberem.
Ustawiłem
się idealnie przed drzwiami, wielkiego metalowego magazynu. Za mną:
Conor, Calvin, Jason i David.
-Na
trzy- wyszeptał David.
-Czekaj
gdzie Chris?!-stanąłem prosto, zmierzając każdego wzrokiem.
-Nie
mógł przyjść-odpowiedział spokojnie Conor.
-A
to niby dlaczego?! Tego dupka brakuje po raz 4 już na naszych
akcjach. Jeśli mu coś nie pasuje to...- byłem cholernie wkurwiony.
Kolesia znowu nie ma. Nie wiem co z nim jest ostatnio nie tak.
-Wyluzuj
stary-wtrącił mi się w zdanie David- nie to mamy teraz na głowie,
mamy ważniejsze sprawy. Twoją złość wypuść tam- wskazał brodą
na metalowe drzwi blaszaka- a nie na nas.
-Okej-
wypuściłem spokojnie powietrze, próbując tym odciągnąć się
myślami od Chrisa.
-Na
trzy- wszyscy momentalnie znowu stanęli w pozycji gotowej do „walki”
- raz, dwa, TRZY!
Pociągnęłam
za drzwi, a lepiej powiedzmy kopnęłam drzwi. O dziwo z łatwością
się otworzyły. Wbiegliśmy z chłopakami gotowi do walki.
Stanęliśmy na środku wielkiego magazynu. Sami? Czyżby tamci
stchórzyli?! Nagle usłyszałem lekkie szuranie za jednym z
kartonów. Z prędkością światła wyciągnęłam mój naładowany
pistolet w tyłu moich spodni i wystrzeliłem parę kulek w kartony z
nadzieją że zabiłem któregoś z gnojków. Po chwili zauważyłem
jaki połowo chłopaków opuszcza magazyn. Co? O co im chodzi nawet
nie zaczęliśmy walki a oni wychodzą?
-Chodź
idziemy, nie opłaca się tu siedzieć- Jason poklepał mnie po
ramieniu.
-Ale...-
zaciąłem się- KURWA!
-Dobra,
spokojnie. Jeszcze będziemy mieć okazje by ich zabić...
-Ale
na pewno nie w następnych latach- usłyszeliśmy nieznajomy głos
dobiegający zza drzwi. Oby dwoje odwróciliśmy się poszukując
właściciela głosu. Nagle zza drzwi wyłonił się jakiś gostek?
Czekaj! Czy on ma odznakę przyczepioną na koszuli? Cholera!- Ręce
do góry! Rzuć broń na podłogę!- wskazał na mnie swoim durnym
małym pistolecikiem. Na mojej twarzy zagościł szyderczy uśmiech
-Jak
bym chciał mógłbym cię zabić własnym rękami- wymruczałem pod
nosem. Koleś zrobił dwa jakieś dziwne ruchy ręką. Ma jakieś
drgawki czy co? Zaraz po tym wparowała do magazynu grupka
uzbrojonych policjantów. Rzucili mnie i Jasona na ziemie, dociskając
kolanami. Traktowali nas jak śmiecia porzuconego na ulicy. Założyli
kajdanki, szarpnęli do góry i wrzucili do radiowozu. Spieprzyłem
sprawę i to cholernie.
Oczami
Rose:
Jechałam
właśnie radiowozem mojego ojca, na komisariat. Dlaczego pojechałam
z nim? Proste. Niedaleko biura taty jest biurko nowego policjanta
Brajana. Był cholernie przystojny, a ja umiałam całymi dniami
obserwować go. Nagle usłyszałam jakieś wezwanie przez odbiornik.
Nie mam najmniejszego planu jak to się nazywa.
-Dobra,
zaraz tam będę- odpowiedział mój tata i ostro skręcił w prawo
włączając światła. Co jest grane?!
-Tato?-
wbijałam się coraz głębiej w siedzenie, przez tą prędkość
-czy możesz mi wyjaśnić co jest grane?
-Mam
akcję- prowadził coraz mocniej przyciskając na pedał gazu-
zostaniesz w aucie.
-OK-
tylko na tyle było mnie stać. Mój tata ma akcję a ja się
znajduję w środku niej. Pierwszy raz zobaczę to wszystko. Czy się
denerwuje? Zdecydowanie tak. Auto stanęło a mój ojciec wyciągną
z kieszeni odznakę przyczepił ją sobie na koszulę, a ze schowka
wyciągną naładowany pistolet.
-Zaraz
wracam- uśmiechną się i wyszedł pośpiesznie z auta.
Moja
głowa zaczęła huczeć moimi myślami. Co jeśli ktoś uciekł i
zaraz pojawi się koło mojego okna ze strzelbą przyciśniętą do
mojej głowy? Co jeśli zostanę zastrzelona? Co jeśli jakiś
przestępca siądzie za nami? I całą piętnastu minutową drogę
będę musiała spędzić w jego towarzystwie. Muszę się odciągnąć
jakoś myślami. Rozglądnęłam się po całym samochodzie w
poszukiwaniu czegoś ciekawego. Otworzyłam schowek. Pierwsze co mi
wyleciało na kolana była gazeta. Dobra. To powinno mnie odciągnąć
wystarczająco na te parę minut. Rozłożyłam starannie gazetę.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to tytuł: „Poszukiwany za
morderstwa i włamania” wypisane tłustym, czarnym drukiem na
pierwszej stronie gazety. Zaczęłam uważnie czytać artykuł
„...podejrzewany za 4 morderstwa” co z tym kolesiem nie tak?
Nagle usłyszałam jak tylne drzwi się otwierają, odruchowo
spojrzałam do tyłu. Zobaczyłam, że jakiś inny policjant wrzuca
kogoś w kajdankach do samochodu i zatrzaskuje za nim drzwi.
Wspaniale! Jestem teraz sam na sam z jakimś przestępcą! Chciałam
mu się uważniej przyglądnąć więc popatrzyłam w boczne
lusterko, gdzie miałam idealny widok na niego. Mocne zarysy twarzy,
postawione włosy, grube brwi, i te oczy! Cholera! To jest on,
chłopak którego omijam zawsze wielkim łukiem: Justin Bieber. Moje
oczy znacznie się powiększyły a serce zaczęło bić tak szybko
jak bym przebiegła przed chwilą maraton. Ścisnęłam mocniej
gazetę którą trzymałam w ręku.
-Ciekawy
artykuł?- nagle przerwał cisze, a na końcu zdania zachichotał.
-Mmm...
tak. Może być- zaczęłam się jąkać. Modliłam się tylko w
duszy by szybko przyszedł mój tata i odwiózł mnie do komisariatu
bym mogła spokojnie wrócić metrem do domu. Bo raczej dzisiaj już
mam dość wrażeń.
-Interesujący
gość...- widziałam w bocznym lusterku jak patrzy na mnie oczekując
na moją odpowiedź.
-Według
mnie ten „gość” powinien iść się leczyć- odpowiedziałam
kpiąco. Nie wiem skąd wzięła się nagle taka odwaga we mnie.
-Szkoda
że uważasz, że powinienem się iść leczyć- zachichotał lekko.
O boże! To ON jest podejrzewany o 4 morderstwa. Sedze z mordercą w
jednym samochodzie! Szybko się odwróciłam na siedzeniu, siadając
twarzą w twarz z nim. Przymrużyłam oczy spoglądając na niego.
-Ale...
hmm.. ale dlaczego zabiłeś te 4 osoby?- musiałam wiedzieć.
Chłopakowi od razu zrzedła mina a oczy pociemniały.
-Miałem
swoje powody- unikał mojego pytającego spojrzenia.
-Jak
chcesz- odwróciłam się siadając znowu normalnie krzyżując ręce
na piersi. Słyszałam tylko długie westchnięcie za mną. Nie jest
jak do teraz tak źle. Jeszcze nie wyciągną broni i mnie nie zabił.
Chociaż było by to nie możliwe ponieważ miał założone
kajdanki.
-Jestem
Justin- powiedział od niechcenia.
-Wiem
kim jesteś- podniosłam nad głowę gazetę, chcąc mu pokazać że
dość dużo się o nim już naczytałam. On tylko sapną.
-Myślałem,
że teraz jest kolej na to byś to ty się przedstawiła
-Rozalie-
odwróciłam głowę spoglądając na niego.
-Nie
jesteś gliną, nie znam cię, więc dlaczego tu jesteś?-
przypatrzył mi się uważnie.
-Mam
swoje powody dlaczego tu jestem, Bieber- próbowałam brzmieć
poważnie, dlatego użyłam jego nazwiska. Nagle drzwi od strony
kierowy się otworzyły a ja odwróciłam głowę do przodu. Do
samochodu wszedł mój tata. Uśmiechną się do mnie, potem
popatrzył do tyłu i jego twarz od razu zmieniła wyraz z
zadowolonego na nieźle wkurzonego. Usiadł za kierownicą i włączył
motor, wyjeżdżając na drogę główną prowadzącą w stronę
komisariatu. Po 20 minutach znaleźliśmy się na miejscu. Pozwoliłam
sobie na poczekanie w samochodzie aż Justin wyjdzie i zaprowadzą go
do środka budynku. Najpierw wysiadł mój tata otwierając tylne
drzwi próbując wyciągnąć chłopaka. Justin powoli się przesuną
w stronę wyjścia mówiąc:
-Do
zobaczenia Rosie- puścił mi jeszcze oczko. Tata zrobił wielkie
oczy i otworzył je tak szeroko że myślałam że mu zaraz wylecą z
orbit.
-Skąd
on zna twoje imię?- wzruszyłam tylko ramionami i spuściłam wzrok.
-Wiesz...-
Justin popatrzył na plakietkę gdzie widniało jego imię- Chris,
pieprzyliśmy się z tyłu jak ciebie nie było. Nudziło nam się-
zaśmiał się szeroko, a ja spłonęłam rumieńcami.
No
świetnie! Teraz to już na pewno nigdy nie pojadę na komisariat. Jak wogule będę mogła się w następnych miesiącach ruszać z domu...
~~***~~
No to mamy rozdział 1 :) Myślę że wam się spodobał.
NO NO widze że tato będzie chciał wyjaśnien xd czekam na nn
OdpowiedzUsuń