niedziela, 4 sierpnia 2013

1. "Podejrzewany za 4 morderstwa"


Oczami Rose:

Umrę, to jest pewne! Umrę sama. Tak dokładnie sama. Naprawdę wyglądam tak strasznie źle? Naprawdę jestem taka ciężka do zniesienia? Pracuje by wyglądać okej, pracuje nad tym by nie być taka frustrująca. Dlaczego to mi się nie udaje? Hmm...? Spojrzałam na telefon z nadzieją, że zaraz za wibruje. „Nie powinnaś się tak oszukiwać, nikt do ciebie nie zadzwoni dobrze to wiesz” odezwał się ten pieprznięty głos w mojej głowie. Powinnam przestać rozmawiać z samą sobą. Ale ten głos miał cholerną rację. Lili była na randce z tym... jak mu tam... Conorem? Nie, nie Conorem z... z Chrisem! Tak, dokładnie z Chrisem. Był przeuroczym chłopakiem, był okej, jedyne co mi w nim nie pasowało to jego koledzy. Byli jednym słowem straszni. Mieli najgorszą opinię w całym mieście. Byli najbardziej obgadaną grupą w całej Filadelfii i pewnie jeszcze w jej okolicy wiedzieli kto to jest David Benson, Conor Fillins, Calvin Buster, Jason Ferguson, Chris Williams, i najgorszy chłopak, którego omijam wielkim łukiem, Justin Bieber. Znałam osobiście Conor'a, Davida i Chrisa. Nigdy nie wydawali mi się straszni, ale w towarzystwie ich „szefa” czy jakkolwiek go tam nazywają, Justina, są inni. Może nie powinnam go oceniać, bo go nie znam, ale wole nie wchodzić mu pod skórę. Widziałam go raz, postawione włosy, grube brwi, pełne, różowe usta, kolczyki, i te piwne oczy. Jego oczy pamiętam najlepiej, ten miks uczuć: złości, obojętności i różnych innych. To nie były zwykłe oczy, niektórzy powiedzieliby „no wiem, to są JEGO oczy” z naciskiem na słowo „jego” ale nie o to chodzi. One były nadzwyczajne, czy można się zakochać w kogoś oczach? Ja potrafię.

Lili odpada, nie przerwę jej randki. Paul pewnie siedzi z jego dziewczyną w domu i oglądają jakiś film, albo jeszcze nie wiadomo co robią. Nie lubię jego dziewczyny. Ma na imię Stella i szczerze, jest strasznie fałszywa. Udaje tą słodką wariatkę. Nie wiem co Paula do niej ciągnie. Ale nie jestem taka chamska by im przeszkodzić. Zostaje jedynie jeszcze Caitlin. A nie jednak nie, ona wyjechała na weekend nad jezioro z Sophie. Zdesperowana przegrzebałam całą moją listę kontaktów w telefonie. Nie, nie, nie... Czasami się pytam dlaczego mam numery osób które nie cierpię.

-Rosie! Zejdź na chwile na dół!- usłyszałam głos mojej mamy. Wychyliłam powoli głowę z pokoju, krzycząc.

-Ale muszęęę?- przeciągnęłam

-Tak Rozalie, to jest bardzo ważne- nienawidziłam jak mnie tak nazywała. Jeszcze gorzej zapowiadało się zawsze jeśli mnie nazywała po całym imieniu: Rozalie Charlotte Waldorf. Przewróciłam oczami i wyszłam niechętnie z pokoju. Zbiegłam po schodach i zatrzymałam się przed wejściem do salonu, próbując podsłuchać moich rodziców o czym dyskutują. Ale zdało się to na marne. Zbyt cicho rozmawiali, bym z tej odległości cokolwiek zrozumiała. Niepewnie wyszłam za próg drzwi. Rodzice w tym samym momencie odwrócili wzrok i zawiesili go na mnie. Coś zrobiłam nie tak?

-Usiądź kochanie- odezwała się wreszcie po chwili ciszy mama, wskazując na fotel idealnie naprzeciwko ich.

-Coś zrobiłam nie tak?- spytałam niepewnie, siadając na fotelu, uważnie śledząc każdy ich ruch. Z nadzieją, że odczytam coś z ich twarzy. Nic. Kamienne twarze, nie ukazujące żadnych emocji.

-Nie, z tobą wszystko w porządku- odpowiedział tata, z lekkim uśmiechem na twarzy.

-Więc gdzie problem?- zawsze zaciągają mnie na te całe „rozmowy” gdy coś narobiłam lub... nie ma drugiej opcji.

-Chcieliśmy z tobą po prostu porozmawiać- odezwała się tym razem mama, na jej twarzy nagle też pojawił się uśmiech.

-A możemy przejść do konkretów?

-No dobra, nie męczmy jej już- zwrócił się do matki.

-To kto mówi ja czy ty?- obydwoje się zaśmiali. Tak, tak dokładnie mieszkam w domie wariatów. Sama nie wiem jak ja tu wytrzymuje. Z zamyśleń nagle wyrwało mnie słowo „dziecko”. Momentalnie zwróciłam całą moją uwagę na rodziców.

-Możecie powtórzyć?- byłam trochę oszołomiona, i prosiłam w myślach, że wcześniejsze słowo mi się tylko przesłyszało.

-Jestem w ciąży, będziesz miała siostrzyczkę albo braciszka- prawie wy piszczała moja rodzicielka. Siedziałam tam. Z myślami krążącymi po mojej głowie, próbując je jakoś ogarnąć. Co?! Siostra... Brat... drugie dziecko...?! Oni ledwo sobie ze mną poradzili, a chcą drugie? Nie to jest na pewno jakiś żart. Wstałam z fotela i kierowałam się w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie głos taty

-I co o tym myślisz?

-Super- odwróciłam się i wymusiłam uśmiech. Co miałam im powiedzieć „no wiecie nie nadajcie się na rodziców. Cały dzień was nie ma. Wo gule nie myślicie o innych tylko o sobie”. Potem by powiedzieli że mnie bardzo dobrze wychowali, pewnie, wśród niań i różnych innych. Nie pamiętam nawet czy chociaż raz byłam z rodzicami na placu zabaw.

-Idziesz dzisiaj ze mną na komisariat?- spytał ojciec.

-Yhm, dlaczego nie- lekko się uśmiechnęłam i wyszłam z salonu kierując się w stronę mojego pokoju. Rzucając się na łóżko, wcisnęłam twarz w poduszkę i krzyknęłam z irytacji. Nie wytrzymam z jakimś nowym dzieckiem w domu. Nie wytrzymam z moją matką 24h na dobę! Przecież ona weźmie wolne i będzie chciała kontrolować wszystko co robię. Pamiętam jak wzięła sobie wolne na dwa tygodnie. Skończyło się na tym że na urodzinach mojej ciotki Belly wylądowałam w różowej sukience z falbankami, przypominając jedną wielką babeczkę.

Oczami Justina:

-OK Bieber, nie możesz tego spieprzyć- David położył swoją dłoń na moim ramieniu kontynuując- pracowaliśmy na to ostatnio bardzo długo. Wiesz bardzo dobrze, że jeśli coś zepsujesz, wpadniesz nie tylko ty ale także chłopcy. I pamiętaj...- przerwałem mu.

-Skończyłeś już? Zaczynasz być coraz bardziej irytujący- westchnęłam przewracając oczami.

-Tak, wchodzisz na 3- pokiwałem twierdząco głową.

Czy byłem zdenerwowany tym, że mogę umrzeć w następnych paru minutach? Wydaje mi się że nie. Robię to nie pierwszy raz. Znam się na tym bardzo dobrze, i nie pozwolę by mnie jakiś huj wykiwał. Takie gierki może sobie robić z kimś innym, nie ze mną, nie z Justinem Bieberem.

Ustawiłem się idealnie przed drzwiami, wielkiego metalowego magazynu. Za mną: Conor, Calvin, Jason i David.

-Na trzy- wyszeptał David.

-Czekaj gdzie Chris?!-stanąłem prosto, zmierzając każdego wzrokiem.

-Nie mógł przyjść-odpowiedział spokojnie Conor.

-A to niby dlaczego?! Tego dupka brakuje po raz 4 już na naszych akcjach. Jeśli mu coś nie pasuje to...- byłem cholernie wkurwiony. Kolesia znowu nie ma. Nie wiem co z nim jest ostatnio nie tak.

-Wyluzuj stary-wtrącił mi się w zdanie David- nie to mamy teraz na głowie, mamy ważniejsze sprawy. Twoją złość wypuść tam- wskazał brodą na metalowe drzwi blaszaka- a nie na nas.

-Okej- wypuściłem spokojnie powietrze, próbując tym odciągnąć się myślami od Chrisa.

-Na trzy- wszyscy momentalnie znowu stanęli w pozycji gotowej do „walki” - raz, dwa, TRZY!

Pociągnęłam za drzwi, a lepiej powiedzmy kopnęłam drzwi. O dziwo z łatwością się otworzyły. Wbiegliśmy z chłopakami gotowi do walki. Stanęliśmy na środku wielkiego magazynu. Sami? Czyżby tamci stchórzyli?! Nagle usłyszałem lekkie szuranie za jednym z kartonów. Z prędkością światła wyciągnęłam mój naładowany pistolet w tyłu moich spodni i wystrzeliłem parę kulek w kartony z nadzieją że zabiłem któregoś z gnojków. Po chwili zauważyłem jaki połowo chłopaków opuszcza magazyn. Co? O co im chodzi nawet nie zaczęliśmy walki a oni wychodzą?

-Chodź idziemy, nie opłaca się tu siedzieć- Jason poklepał mnie po ramieniu.

-Ale...- zaciąłem się- KURWA!

-Dobra, spokojnie. Jeszcze będziemy mieć okazje by ich zabić...

-Ale na pewno nie w następnych latach- usłyszeliśmy nieznajomy głos dobiegający zza drzwi. Oby dwoje odwróciliśmy się poszukując właściciela głosu. Nagle zza drzwi wyłonił się jakiś gostek? Czekaj! Czy on ma odznakę przyczepioną na koszuli? Cholera!- Ręce do góry! Rzuć broń na podłogę!- wskazał na mnie swoim durnym małym pistolecikiem. Na mojej twarzy zagościł szyderczy uśmiech

-Jak bym chciał mógłbym cię zabić własnym rękami- wymruczałem pod nosem. Koleś zrobił dwa jakieś dziwne ruchy ręką. Ma jakieś drgawki czy co? Zaraz po tym wparowała do magazynu grupka uzbrojonych policjantów. Rzucili mnie i Jasona na ziemie, dociskając kolanami. Traktowali nas jak śmiecia porzuconego na ulicy. Założyli kajdanki, szarpnęli do góry i wrzucili do radiowozu. Spieprzyłem sprawę i to cholernie.

Oczami Rose:

Jechałam właśnie radiowozem mojego ojca, na komisariat. Dlaczego pojechałam z nim? Proste. Niedaleko biura taty jest biurko nowego policjanta Brajana. Był cholernie przystojny, a ja umiałam całymi dniami obserwować go. Nagle usłyszałam jakieś wezwanie przez odbiornik. Nie mam najmniejszego planu jak to się nazywa.

-Dobra, zaraz tam będę- odpowiedział mój tata i ostro skręcił w prawo włączając światła. Co jest grane?!

-Tato?- wbijałam się coraz głębiej w siedzenie, przez tą prędkość -czy możesz mi wyjaśnić co jest grane?

-Mam akcję- prowadził coraz mocniej przyciskając na pedał gazu- zostaniesz w aucie.

-OK- tylko na tyle było mnie stać. Mój tata ma akcję a ja się znajduję w środku niej. Pierwszy raz zobaczę to wszystko. Czy się denerwuje? Zdecydowanie tak. Auto stanęło a mój ojciec wyciągną z kieszeni odznakę przyczepił ją sobie na koszulę, a ze schowka wyciągną naładowany pistolet.

-Zaraz wracam- uśmiechną się i wyszedł pośpiesznie z auta.

Moja głowa zaczęła huczeć moimi myślami. Co jeśli ktoś uciekł i zaraz pojawi się koło mojego okna ze strzelbą przyciśniętą do mojej głowy? Co jeśli zostanę zastrzelona? Co jeśli jakiś przestępca siądzie za nami? I całą piętnastu minutową drogę będę musiała spędzić w jego towarzystwie. Muszę się odciągnąć jakoś myślami. Rozglądnęłam się po całym samochodzie w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Otworzyłam schowek. Pierwsze co mi wyleciało na kolana była gazeta. Dobra. To powinno mnie odciągnąć wystarczająco na te parę minut. Rozłożyłam starannie gazetę. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to tytuł: „Poszukiwany za morderstwa i włamania” wypisane tłustym, czarnym drukiem na pierwszej stronie gazety. Zaczęłam uważnie czytać artykuł „...podejrzewany za 4 morderstwa” co z tym kolesiem nie tak? Nagle usłyszałam jak tylne drzwi się otwierają, odruchowo spojrzałam do tyłu. Zobaczyłam, że jakiś inny policjant wrzuca kogoś w kajdankach do samochodu i zatrzaskuje za nim drzwi. Wspaniale! Jestem teraz sam na sam z jakimś przestępcą! Chciałam mu się uważniej przyglądnąć więc popatrzyłam w boczne lusterko, gdzie miałam idealny widok na niego. Mocne zarysy twarzy, postawione włosy, grube brwi, i te oczy! Cholera! To jest on, chłopak którego omijam zawsze wielkim łukiem: Justin Bieber. Moje oczy znacznie się powiększyły a serce zaczęło bić tak szybko jak bym przebiegła przed chwilą maraton. Ścisnęłam mocniej gazetę którą trzymałam w ręku.

-Ciekawy artykuł?- nagle przerwał cisze, a na końcu zdania zachichotał.

-Mmm... tak. Może być- zaczęłam się jąkać. Modliłam się tylko w duszy by szybko przyszedł mój tata i odwiózł mnie do komisariatu bym mogła spokojnie wrócić metrem do domu. Bo raczej dzisiaj już mam dość wrażeń.

-Interesujący gość...- widziałam w bocznym lusterku jak patrzy na mnie oczekując na moją odpowiedź.

-Według mnie ten „gość” powinien iść się leczyć- odpowiedziałam kpiąco. Nie wiem skąd wzięła się nagle taka odwaga we mnie.

-Szkoda że uważasz, że powinienem się iść leczyć- zachichotał lekko. O boże! To ON jest podejrzewany o 4 morderstwa. Sedze z mordercą w jednym samochodzie! Szybko się odwróciłam na siedzeniu, siadając twarzą w twarz z nim. Przymrużyłam oczy spoglądając na niego.

-Ale... hmm.. ale dlaczego zabiłeś te 4 osoby?- musiałam wiedzieć. Chłopakowi od razu zrzedła mina a oczy pociemniały.

-Miałem swoje powody- unikał mojego pytającego spojrzenia.

-Jak chcesz- odwróciłam się siadając znowu normalnie krzyżując ręce na piersi. Słyszałam tylko długie westchnięcie za mną. Nie jest jak do teraz tak źle. Jeszcze nie wyciągną broni i mnie nie zabił. Chociaż było by to nie możliwe ponieważ miał założone kajdanki.

-Jestem Justin- powiedział od niechcenia.

-Wiem kim jesteś- podniosłam nad głowę gazetę, chcąc mu pokazać że dość dużo się o nim już naczytałam. On tylko sapną.

-Myślałem, że teraz jest kolej na to byś to ty się przedstawiła

-Rozalie- odwróciłam głowę spoglądając na niego.

-Nie jesteś gliną, nie znam cię, więc dlaczego tu jesteś?- przypatrzył mi się uważnie.

-Mam swoje powody dlaczego tu jestem, Bieber- próbowałam brzmieć poważnie, dlatego użyłam jego nazwiska. Nagle drzwi od strony kierowy się otworzyły a ja odwróciłam głowę do przodu. Do samochodu wszedł mój tata. Uśmiechną się do mnie, potem popatrzył do tyłu i jego twarz od razu zmieniła wyraz z zadowolonego na nieźle wkurzonego. Usiadł za kierownicą i włączył motor, wyjeżdżając na drogę główną prowadzącą w stronę komisariatu. Po 20 minutach znaleźliśmy się na miejscu. Pozwoliłam sobie na poczekanie w samochodzie aż Justin wyjdzie i zaprowadzą go do środka budynku. Najpierw wysiadł mój tata otwierając tylne drzwi próbując wyciągnąć chłopaka. Justin powoli się przesuną w stronę wyjścia mówiąc:

-Do zobaczenia Rosie- puścił mi jeszcze oczko. Tata zrobił wielkie oczy i otworzył je tak szeroko że myślałam że mu zaraz wylecą z orbit.

-Skąd on zna twoje imię?- wzruszyłam tylko ramionami i spuściłam wzrok.

-Wiesz...- Justin popatrzył na plakietkę gdzie widniało jego imię- Chris, pieprzyliśmy się z tyłu jak ciebie nie było. Nudziło nam się- zaśmiał się szeroko, a ja spłonęłam rumieńcami.

No świetnie! Teraz to już na pewno nigdy nie pojadę na komisariat. Jak wogule będę mogła się w następnych miesiącach ruszać z domu...
                                                                         ~~***~~
No to mamy rozdział 1 :) Myślę że wam się spodobał.

1 komentarz:

  1. NO NO widze że tato będzie chciał wyjaśnien xd czekam na nn

    OdpowiedzUsuń